o Zestawienie różnic w tekstach o ID:
43523 (jako 'było') z ID:
113917 (jako 'jest').
Było:
W rolach głównych:
W pozostałych rolach:
Jest:
movie info: XVID 640x480 25.0fps 1.5 GB
W rolach glownych:
W pozostalych rolach:
Było:
Zdjęcia:
Na podstawie powieści|Jane Austen
Scenariusz i reżyseria:
Wczasach, gdy słowo "świat"|znaczyło "nasze miasto",
a potańcówka budziła większe|zainteresowanie niż ruchy wojsk,
pewna młoda dama wiedziała,|jak winien wyglądać świat.
Najpiękniejsza rzecz pod słońcem|to dobrana para.
- Życzę szczęścia.|- Dziękuję, Emmo.
- Malujesz coraz lepiej.|- Dziękuję.
Ale miała pani rację.|Powinnam więcej ćwiczyć.
Piękna rzecz.
Pani przyjaciółka ma rację.|Doskonała robota.
To pan doskonale się spisał,|udzielając ślubu.
Czy w kościele musi być przeciąg,|panie Elton?
Trudno myśleć o duszy,|martwiąc się o gardło.
Może herbata i tort|pomogą na to?
Jest:
Zdjecia:
Na podstawie powiesci|Jane Austen
Scenariusz i rezyseria:
Wczasach, gdy slowo "swiat"|znaczylo "nasze miasto",
a potancowka budzila wieksze|zainteresowanie niz ruchy wojsk,
pewna mloda dama wiedziala,|jak winien wygladac swiat.
Najpiekniejsza rzecz pod sloncem|to dobrana para.
- Zycze szczescia.|- Dziekuje, Emmo.
- Malujesz coraz lepiej.|- Dziekuje.
Ale miala pani racje.|Powinnam wiecej cwiczyc.
Piekna rzecz.
Pani przyjaciolka ma racje.|Doskonala robota.
To pan doskonale sie spisal,|udzielajac slubu.
Czy w kosciele musi byc przeciag,|panie Elton?
Trudno myslec o duszy,|martwiac sie o gardlo.
Moze herbata i tort|pomoga na to?
Było:
Nie ja jeden tak myślę.|Pan Perry, aptekarz, poprze mnie.
Jest:
Nie ja jeden tak mysle.|Pan Perry, aptekarz, poprze mnie.
Było:
Muszę zabrać ojca do domu.|Droga panno Taylor...
Jest:
Musze zabrac ojca do domu.|Droga panno Taylor...
Było:
Na pewno jest pani szczęśliwa,|jak my wszyscy.
Jest:
Na pewno jest pani szczesliwa,|jak my wszyscy.
Było:
Biedna panna Taylor.|Była tu taka szczęśliwa.
Czemu wolała wyjść za mąż,|niż cię wychowywać?
Jestem już dorosła. Nie mogła|bez końca znosić moich humorów.
- Woli mieć własne dzieci.|- Ty nie miewasz humorów.
A ona była dla ciebie|jak rodzona matka.
Czy mogłaby pragnąć|płaczącego dziecka,
które tylko będzie znosiło|do domu choroby?
Nie. Mówię o niej "biedna|panna Taylor", bo jest biedna.
Jako stary przyjaciel|wpadłem zapytać:
kto płakał na ślubie?
Co u mojej siostry? Czy pański|brat szanuje ją, jak należy?
Biedna lzabella.|Pierwsza mnie opuściła.
Stąd biedna panna Taylor|wzięła pomysł.
Pewno łatwiej jej zadowolić|jedną osobę, niż dwie.
Zwłaszcza tak wymagające|jak jedno z nas.
- Tak, jestem wymagający.|- Drogi papo...
Nie mówiłam o tobie.|Pan Knightley szuka wad we mnie.
- To takie jego żarty.|- Jestem dla pani jak brat.
- Brat winien wytykać wady siostry.|- Jakie wady?
Emma z żalem|żegna pannę Taylor.
Nie kochalibyśmy jej, gdyby|nie tęskniła za przyjaciółką.
- Nie wiem, co bez niej pocznę.|- Nie będzie daleko.
- O pół mili.|- Tam ma obowiązki.
Nie będzie mogła rozmawiać ze mną|cały dzień.
- Spacerować ani łajać mnie.|- l tak robiła pani, co chciała.
Ale będzie mi brak jej łajania.
Zawsze była bezinteresowna.
Chciałabym zrobić dla kogoś|tyle, co ona dla mnie.
- Rada pani z jej zamęścia?|- Bardzo.
Mam pociechę:|sama ją wyswatałam.
A pan Weston miał nie wziąć|drugiej żony. Co za triumf!
- Szczęśliwy traf.|- Triumf trafu.
Gdybym nie zachęcała p. Westona|do wizyt, nie byłoby dziś ślubu.
Nikogo więcej nie zachęcaj.|śluby rujnują kółko znajomych.
Jest:
Biedna panna Taylor.|Byla tu taka szczesliwa.
Czemu wolala wyjsc za maz,|niz cie wychowywac?
Jestem juz dorosla. Nie mogla|bez konca znosic moich humorow.
- Woli miec wlasne dzieci.|- Ty nie miewasz humorow.
A ona byla dla ciebie|jak rodzona matka.
Czy moglaby pragnac|placzacego dziecka,
ktore tylko bedzie znosilo|do domu choroby?
Nie. Mowie o niej "biedna|panna Taylor", bo jest biedna.
Jako stary przyjaciel|wpadlem zapytac:
kto plakal na slubie?
Co u mojej siostry? Czy panski|brat szanuje ja, jak nalezy?
Biedna lzabella.|Pierwsza mnie opuscila.
Stad biedna panna Taylor|wziela pomysl.
Pewno latwiej jej zadowolic|jedna osobe, niz dwie.
Zwlaszcza tak wymagajace|jak jedno z nas.
- Tak, jestem wymagajacy.|- Drogi papo...
Nie mowilam o tobie.|Pan Knightley szuka wad we mnie.
- To takie jego zarty.|- Jestem dla pani jak brat.
- Brat winien wytykac wady siostry.|- Jakie wady?
Emma z zalem|zegna panne Taylor.
Nie kochalibysmy jej, gdyby|nie tesknila za przyjaciolka.
- Nie wiem, co bez niej poczne.|- Nie bedzie daleko.
- O pol mili.|- Tam ma obowiazki.
Nie bedzie mogla rozmawiac ze mna|caly dzien.
- Spacerowac ani lajac mnie.|- l tak robila pani, co chciala.
Ale bedzie mi brak jej lajania.
Zawsze byla bezinteresowna.
Chcialabym zrobic dla kogos|tyle, co ona dla mnie.
- Rada pani z jej zamescia?|- Bardzo.
Mam pocieche:|sama ja wyswatalam.
A pan Weston mial nie wziac|drugiej zony. Co za triumf!
- Szczesliwy traf.|- Triumf trafu.
Gdybym nie zachecala p. Westona|do wizyt, nie byloby dzis slubu.
Nikogo wiecej nie zachecaj.|sluby rujnuja kolko znajomych.
Było:
Gdy pan Elton|łączył ich dłonie,
chyba sam marzył|o ożenku.
Zaproś go na obiad.|To wystarczy.
Jest:
Gdy pan Elton|laczyl ich dlonie,
chyba sam marzyl|o ozenku.
Zapros go na obiad.|To wystarczy.
Było:
Niechętnie generalizuję,|ale mężczyźni nie wiedzą,
co czują -|czy mają 26 lat, czy 86.
Z wyjątkiem ojca.
Teraz udzielę pomocy|panu Eltonowi.
Jest:
Niechetnie generalizuje,|ale mezczyzni nie wiedza,
co czuja -|czy maja 26 lat, czy 86.
Z wyjatkiem ojca.
Teraz udziele pomocy|panu Eltonowi.
Było:
To pan Elton|zasługuje na litość.
Jest:
To pan Elton|zasluguje na litosc.
Było:
- Witamy.|- Dziękuję za zaproszenie.
Przyjęcie to nic, ale przyjęcie|w noc świętojańską...
Dobrze, że pan przyszedł.|Mamy nowego gościa.
Jest:
- Witamy.|- Dziekuje za zaproszenie.
Przyjecie to nic, ale przyjecie|w noc swietojanska...
Dobrze, ze pan przyszedl.|Mamy nowego goscia.
Było:
dawna uczennica pani Goddard.|Poznałam ją dziś, jestem oczarowana.
Czy zadba pan,|żeby dobrze się dzisiaj bawiła?
Jeśli pomagając jej,|pomogę pani - to z przyjemnością.
- Przedstawię was sobie.|- Panno Woodhouse! Dziękuję.
- Jestem wdzięczna za odwiedziny.|- To my jesteśmy wdzięczne.
Jest:
dawna uczennica pani Goddard.|Poznalam ja dzis, jestem oczarowana.
Czy zadba pan,|zeby dobrze sie dzisiaj bawila?
Jesli pomagajac jej,|pomoge pani - to z przyjemnoscia.
- Przedstawie was sobie.|- Panno Woodhouse! Dziekuje.
- Jestem wdzieczna za odwiedziny.|- To my jestesmy wdzieczne.
Było:
ale też za ćwiartkę wieprzowiny,|którą nam pani przysłała.
To musiał być|wdzięczny wieprz.
Bardzo dziękujemy.
Za mięso!|l za zaproszenie.
Mówiłam mamie,|że powinnyśmy być wdzięczne.
Piękne uczesanie.|Jak u aniołka.
U aniołka, mamo!
A propos, panie Elton...|Pańskie kazanie o Danielu było...
... inspirujące. Pełne mocy.|Aż odebrało nam mowę.
Naprawdę.|Ciągle o tym rozmawiamy.
Urocze przyjęcie, prawda?|Przeurocze.
- Gdzie pani teraz zamieszka?|- P. Goddard pozwoliła mi zostać.
Jest:
ale tez za cwiartke wieprzowiny,|ktora nam pani przyslala.
To musial byc|wdzieczny wieprz.
Bardzo dziekujemy.
Za mieso!|l za zaproszenie.
Mowilam mamie,|ze powinnysmy byc wdzieczne.
Piekne uczesanie.|Jak u aniolka.
U aniolka, mamo!
A propos, panie Elton...|Panskie kazanie o Danielu bylo...
... inspirujace. Pelne mocy.|Az odebralo nam mowe.
Naprawde.|Ciagle o tym rozmawiamy.
Urocze przyjecie, prawda?|Przeurocze.
- Gdzie pani teraz zamieszka?|- P. Goddard pozwolila mi zostac.
Było:
Emmo! Szukałem pani.
Widzę, że była pani zajęta|opieką nad panem Eltonem.
Zaniedbałam największą przyjemność.
Jest:
Emmo! Szukalem pani.
Widze, ze byla pani zajeta|opieka nad panem Eltonem.
Zaniedbalam najwieksza przyjemnosc.
Było:
Każda przyjaciółka|panny Woodhouse...
Jest:
Kazda przyjaciolka|panny Woodhouse...
Było:
Wiele lat temu miałem żonę,|którą zabrała choroba
Jest:
Wiele lat temu mialem zone,|ktora zabrala choroba
Było:
Nie mogłem sam zająć się|malcem.
Wychowywał go zatem brat mej żony,|pan Churchill, z żoną.
Frank mieszka w Londynie.|Nigdy tu nie był.
Jego ciotka źle się czuje|i nie puszcza go od siebie.
Jest:
Nie moglem sam zajac sie|malcem.
Wychowywal go zatem brat mej zony,|pan Churchill, z zona.
Frank mieszka w Londynie.|Nigdy tu nie byl.
Jego ciotka zle sie czuje|i nie puszcza go od siebie.
Było:
Co za szczęście: dwa udane związki.|Myślałam, że kocha się raz.
- Cieszę się, że się myliłam.|- Ja - tym bardziej.
Otrzymałam
od Franka miły list.|Chętnie go państwu pokażę.
Jest:
Co za szczescie: dwa udane zwiazki.|Myslalam, ze kocha sie raz.
- Ciesze sie, ze sie mylilam.|- Ja - tym bardziej.
Otrzymalam
od Franka mily list.|Chetnie go panstwu pokaze.
Było:
Czytał pan kiedy taki list?|Jest trochę w stylu Jane.
Subtelny, kobiecy,|ale dobrze świadczy o mężczyźnie.
Ładny list, ale zdaje się,|że autor jada za dużo kremu.
List pełen uczucia,|charakter pisma zdecydowany.
- Panna Smith jest urocza.|- Obserwuję ją
z nieustającą przyjemnością.|To dla niej nowe środowisko,
ale ja ją wprowadzę|do towarzystwa.
Nie będę taką przewodniczką|jak pani dla mnie,
- ale podzielę się wiedzą.|- Tego jej trzeba.
Mężu, muszę napisać|do twojego syna.
Jest:
Czytal pan kiedy taki list?|Jest troche w stylu Jane.
Subtelny, kobiecy,|ale dobrze swiadczy o mezczyznie.
Ladny list, ale zdaje sie,|ze autor jada za duzo kremu.
List pelen uczucia,|charakter pisma zdecydowany.
- Panna Smith jest urocza.|- Obserwuje ja
z nieustajaca przyjemnoscia.|To dla niej nowe srodowisko,
ale ja ja wprowadze|do towarzystwa.
Nie bede taka przewodniczka|jak pani dla mnie,
- ale podziele sie wiedza.|- Tego jej trzeba.
Mezu, musze napisac|do twojego syna.
Było:
Dziękujemy|za wspaniałą kolację.
Jest:
Dziekujemy|za wspaniala kolacje.
Było:
Biedna panna Taylor.|Wyraźnie chciała zostać.
Jest:
Biedna panna Taylor.|Wyraznie chciala zostac.
Było:
- Kim są twoi rodzice?|- Nie wiem.
Pani Goddard mówi,|że nie mogę ich poznać.
Przez te wszystkie lata|ona była moją opiekunką.
Jest:
- Kim sa twoi rodzice?|- Nie wiem.
Pani Goddard mowi,|ze nie moge ich poznac.
Przez te wszystkie lata|ona byla moja opiekunka.
Było:
Jest wtorek, więc ma list|od siostrzenicy, Jane Fairfax,
Jest:
Jest wtorek, wiec ma list|od siostrzenicy, Jane Fairfax,
Było:
- Nie znam panny Fairfax.|- Powiem tylko, że jest elegancka.
Poza panią i panią Goddard|znam tylko rodzinę Martinów.
Pani Martin ma dwie bawialnie,|klucznicę i osiem krów.
Pan Martin|codziennie ścina kwiaty.
Pani Martin|ma miłego męża.
Pan Martin nie jest jej mężem,|tylko synem.
Jest:
- Nie znam panny Fairfax.|- Powiem tylko, ze jest elegancka.
Poza pania i pania Goddard|znam tylko rodzine Martinow.
Pani Martin ma dwie bawialnie,|klucznice i osiem krow.
Pan Martin|codziennie scina kwiaty.
Pani Martin|ma milego meza.
Pan Martin nie jest jej mezem,|tylko synem.
Było:
Jest wcieleniem|doskonałości.
Kiedyś przyniósł mi orzechy|z odległości trzech mil.
To miłe, prawda?
- Pan Martin jest wykształcony?|- Tak. Czytuje "Pismo Rolnika".
Doradziłam mu "Opowieści leśne",|ma je przeczytać.
- Jak wygląda?|- Wydawał mi się nieciekawy,
ale zmieniłam zdanie.|Nie spotkała go pani w mieście?
Nic mnie nie łączy|z takimi jak Martinowie.
Gdyby stali niżej,|mogłabym im pomagać,
ale farmerzy są zarazem|za nisko i za wysoko,
- jak na moją uwagę.|- To on!
Jak wyglądam?
Jest:
Jest wcieleniem|doskonalosci.
Kiedys przyniosl mi orzechy|z odleglosci trzech mil.
To mile, prawda?
- Pan Martin jest wyksztalcony?|- Tak. Czytuje "Pismo Rolnika".
Doradzilam mu "Opowiesci lesne",|ma je przeczytac.
- Jak wyglada?|- Wydawal mi sie nieciekawy,
ale zmienilam zdanie.|Nie spotkala go pani w miescie?
Nic mnie nie laczy|z takimi jak Martinowie.
Gdyby stali nizej,|moglabym im pomagac,
ale farmerzy sa zarazem|za nisko i za wysoko,
- jak na moja uwage.|- To on!
Jak wygladam?
Było:
Witam.|Mam dziś szczęście.
Dzień dobry. To jest pan Martin.|A to panna Woodhouse.
Jak się pani miewa?
- Znalazł pan "Opowieści leśne"?|- Do licha! Zapomniałem.
Jutro postaram się|wbić to sobie do głowy.
Jak pańska matka?
Harriet, ja cię lepiej wyswatam.
Rób tak, a haft|będzie równiejszy.
Oczywiście.
Jak się pani spodobał|Robert Martin?
Sądziłam, że jest nieco|bardziej dystyngowany.
Jest:
Witam.|Mam dzis szczescie.
Dzien dobry. To jest pan Martin.|A to panna Woodhouse.
Jak sie pani miewa?
- Znalazl pan "Opowiesci lesne"?|- Do licha! Zapomnialem.
Jutro postaram sie|wbic to sobie do glowy.
Jak panska matka?
Harriet, ja cie lepiej wyswatam.
Rob tak, a haft|bedzie rowniejszy.
Oczywiscie.
Jak sie pani spodobal|Robert Martin?
Sadzilam, ze jest nieco|bardziej dystyngowany.
Było:
nie jest takim|dżentelmenem jak on.
Użyjmy do porównania kogoś innego.|Choćby... pana Eltona.
To wspaniały mężczyzna.|Pan Martin nie dorówna mu rozwagą.
- Pan Martin jest rozważny.|- Rozumiem.
Przeczytał książkę,|którą mu doradziłaś?
Jest:
nie jest takim|dzentelmenem jak on.
Uzyjmy do porownania kogos innego.|Chocby... pana Eltona.
To wspanialy mezczyzna.|Pan Martin nie dorowna mu rozwaga.
- Pan Martin jest rozwazny.|- Rozumiem.
Przeczytal ksiazke,|ktora mu doradzilas?
Było:
Zapewne zapomniał.
Jest:
Zapewne zapomnial.
Było:
Pan Elton wczoraj|cię wychwalał.
Co mówił?
Nie chcę być wścibska...
Ale jako twoja przyjaciółka|mogę zrobić wyjątek.
Spotkawszy go, wspomniałam,|że idę do ciebie, a on na to:
Jest:
Pan Elton wczoraj|cie wychwalal.
Co mowil?
Nie chce byc wscibska...
Ale jako twoja przyjaciolka|moge zrobic wyjatek.
Spotkawszy go, wspomnialam,|ze ide do ciebie, a on na to:
Było:
- Ale pani ją przyozdobiła.|- Niewiele zrobiłam.
- Nie będę przeczył damie...|- Nie dałam jej urody, słodyczy...
Mam doskonały pomysł.
Może da pani upust swojemu|artystycznemu talentowi,
rysując jej portret?|Chętnie bym na to popatrzył.
Mam niewielki talent,|a ona jest bardzo nieśmiała.
A gdybym ja ją poprosił?
Mogę rzucić okiem?|Nie mogę się doczekać.
Jest:
- Ale pani ja przyozdobila.|- Niewiele zrobilam.
- Nie bede przeczyl damie...|- Nie dalam jej urody, slodyczy...
Mam doskonaly pomysl.
Moze da pani upust swojemu|artystycznemu talentowi,
rysujac jej portret?|Chetnie bym na to popatrzyl.
Mam niewielki talent,|a ona jest bardzo niesmiala.
A gdybym ja ja poprosil?
Moge rzucic okiem?|Nie moge sie doczekac.
Było:
Cała ona!
Jest:
Cala ona!
Było:
- Przesadza pan.|- Skądże. Nie mógłbym.
Rzadko rysuję portrety,|bo małżonkowie modeli narzekają.
Dziś nic mi nie grozi,|bo nie ma tu małżeństwa.
Jest:
- Przesadza pan.|- Skadze. Nie moglbym.
Rzadko rysuje portrety,|bo malzonkowie modeli narzekaja.
Dzis nic mi nie grozi,|bo nie ma tu malzenstwa.
Było:
Wyszła za wysoka.
Jest:
Wyszla za wysoka.
Było:
Dorysowałbym szal. Ona sprawia|wrażenie, że zaraz złapie katar.
Poza tym portret jest doskonały.
Ale trzeba go oprawić.|W Londynie.
Czy mogę się tym zająć?
Byłbym niewymownie wdzięczny.
- Prosi mnie o rękę! Listownie.|- Nie do wiary! Pan Elton!
Jest:
Dorysowalbym szal. Ona sprawia|wrazenie, ze zaraz zlapie katar.
Poza tym portret jest doskonaly.
Ale trzeba go oprawic.|W Londynie.
Czy moge sie tym zajac?
Bylbym niewymownie wdzieczny.
- Prosi mnie o reke! Listownie.|- Nie do wiary! Pan Elton!
Było:
Czy to ładny list?|Czy...
- Za krótki?|- Rzeczywiście, ładny.
Pewnie pomagała mu siostra.|Choć to nie kobiecy styl.
Udany list.|Musisz mu odpisać.
Niech się godzi|z rozczarowaniem.
- Mam mu odmówić?|- A chciałaś się zgodzić?
Jest:
Czy to ladny list?|Czy...
- Za krotki?|- Rzeczywiscie, ladny.
Pewnie pomagala mu siostra.|Choc to nie kobiecy styl.
Udany list.|Musisz mu odpisac.
Niech sie godzi|z rozczarowaniem.
- Mam mu odmowic?|- A chcialas sie zgodzic?
Było:
To znaczy nie chciałam...
Nie byłam pewna.|Dlatego pytałam.
- Nie chcę się wtrącać.|- Polegam na pani opinii.
Za nic w świecie!
Jeśli wolisz go
od wszystkich znajomych,|jeśli stanowi dla ciebie
najmilsze towarzystwo -|to czemu się wahasz?
Nie chce pani na mnie wpłynąć,|więc muszę zdecydować sama.
Muszę.
Już prawie się zdecydowałam...
... odmówić panu Martinowi?
Dobrze robię?|Czy źle?
Skoro już podjęłaś decyzję,|mogę rzec, że ją popieram.
Tak, ale... Jego matka i siostry|będą nieszczęśliwe.
Pomyślmy o innych|matkach i siostrach.
Pan Elton pokazuje teraz|twój portret rodzinie.
l mówi, że w naturze|jesteś piękniejsza.
Jest:
To znaczy nie chcialam...
Nie bylam pewna.|Dlatego pytalam.
- Nie chce sie wtracac.|- Polegam na pani opinii.
Za nic w swiecie!
Jesli wolisz go
od wszystkich znajomych,|jesli stanowi dla ciebie
najmilsze towarzystwo -|to czemu sie wahasz?
Nie chce pani na mnie wplynac,|wiec musze zdecydowac sama.
Musze.
Juz prawie sie zdecydowalam...
... odmowic panu Martinowi?
Dobrze robie?|Czy zle?
Skoro juz podjelas decyzje,|moge rzec, ze ja popieram.
Tak, ale... Jego matka i siostry|beda nieszczesliwe.
Pomyslmy o innych|matkach i siostrach.
Pan Elton pokazuje teraz|twoj portret rodzinie.
l mowi, ze w naturze|jestes piekniejsza.
Było:
Na pewno się mylisz.|Pokazując im portret,
ujawnia intencje, które wkrótce|także zaowocują listem.
Przyznaję...
- Ma pani na Harriet dobry wpływ.|- Oby nie pan jeden to zauważył.
Jest:
Na pewno sie mylisz.|Pokazujac im portret,
ujawnia intencje, ktore wkrotce|takze zaowocuja listem.
Przyznaje...
- Ma pani na Harriet dobry wplyw.|- Oby nie pan jeden to zauwazyl.
Było:
Pani przyjaciółka niedługo|otrzyma korzystną propozycję.
Skąd ta pewność?
Wkrótce oświadczy jej się ktoś,|kto za nią szaleje.
Jest:
Pani przyjaciolka niedlugo|otrzyma korzystna propozycje.
Skad ta pewnosc?
Wkrotce oswiadczy jej sie ktos,|kto za nia szaleje.
Było:
Pytał mnie o radę.|To mój dzierżawca i przyjaciel.
Pytał, czy nie jest za młoda|lub zbyt wysokiego rodu.
Na jego miejscu|też bym o to pytała.
Nie znam rozsądniejszego człeka.|Stać go na ożenek,
a nie mógł lepiej trafić.
ON nie mógł.
Ja także coś panu zdradzę.
On napisał do Harriet wczoraj.|Dała mu kosza.
- Nie rozumiem.|- Oświadczył się, a ona odmówiła.
Jest głupsza niż sądziłem.
Mężczyzna nigdy nie pojmie|kobiety, która go odrzuca.
To szaleństwo.
- Oby się pani myliła.|- Widziałam jej list.
Widziała go pani?
Jest:
Pytal mnie o rade.|To moj dzierzawca i przyjaciel.
Pytal, czy nie jest za mloda|lub zbyt wysokiego rodu.
Na jego miejscu|tez bym o to pytala.
Nie znam rozsadniejszego czleka.|Stac go na ozenek,
a nie mogl lepiej trafic.
ON nie mogl.
Ja takze cos panu zdradze.
On napisal do Harriet wczoraj.|Dala mu kosza.
- Nie rozumiem.|- Oswiadczyl sie, a ona odmowila.
Jest glupsza niz sadzilem.
Mezczyzna nigdy nie pojmie|kobiety, ktora go odrzuca.
To szalenstwo.
- Oby sie pani mylila.|- Widzialam jej list.
Widziala go pani?
Było:
To pani go napisała.
Nie zrobiłabym nic złego.|Nie są sobie równi.
lstotnie. On ją przewyższa|rozumem i stanowiskiem.
Jakie są przyczyny rzekomej|wyższości Harriet nad Martinem?
Jest:
To pani go napisala.
Nie zrobilabym nic zlego.|Nie sa sobie rowni.
lstotnie. On ja przewyzsza|rozumem i stanowiskiem.
Jakie sa przyczyny rzekomej|wyzszosci Harriet nad Martinem?
Było:
Ten mariaż byłby korzystny|tylko dla niej.
Co? Farmer - niechby nawet dobry -|i moja przyjaciółka?
To poniżenie dla niej -|zamęście poniżej mego poziomu.
Poniżenie?
Związek głupiej, nieślubnej córki|z szanowanym farmerem!
Jest córką szlachcica.
Rodzice nie planowali|wprowadzić jej do towarzystwa.
Porzucili ją u pani Goddard.
Jej przyjaciołom i jej samej|to wystarczało. Pani napełniła ją
pychą.
Próżność sprowadza|słabe umysły na manowce.
Jest:
Ten mariaz bylby korzystny|tylko dla niej.
Co? Farmer - niechby nawet dobry -|i moja przyjaciolka?
To ponizenie dla niej -|zamescie ponizej mego poziomu.
Ponizenie?
Zwiazek glupiej, nieslubnej corki|z szanowanym farmerem!
Jest corka szlachcica.
Rodzice nie planowali|wprowadzic jej do towarzystwa.
Porzucili ja u pani Goddard.
Jej przyjaciolom i jej samej|to wystarczalo. Pani napelnila ja
pycha.
Proznosc sprowadza|slabe umysly na manowce.
Było:
- a mężczyźni cenią te cechy.|- Ale ci rozsądni nie chcą
głupich żon.
Lepiej już nie mieć rozumu,|niż źle go używać - jak pani.
Oszczędź, pani, moje psy.
Nie ma co dłużej o tym mówić,|bo tylko się zirytujemy.
Herbata jest gotowa.|Napijmy się.
Widzę, że swata ją pani|z kimś innym.
Ale jeśli to pan Elton,
to szkoda sił.
Duchowny nie ożeni się pochopnie|z osobą nieznanego pochodzenia.
Kiedyś, w męskim towarzystwie,|opowiadał o siostrach z Bath.
Każda z nich|ma 20 000 funtów.
Elton może gadać sentymentalne|frazesy, ale postąpi rozsądnie.
Gdybym miała na myśli p. Eltona,|otworzyłby mi pan oczy.
- Ale chcę tylko jej dobra.|- Dość tego!
Jest:
- a mezczyzni cenia te cechy.|- Ale ci rozsadni nie chca
glupich zon.
Lepiej juz nie miec rozumu,|niz zle go uzywac - jak pani.
Oszczedz, pani, moje psy.
Nie ma co dluzej o tym mowic,|bo tylko sie zirytujemy.
Herbata jest gotowa.|Napijmy sie.
Widze, ze swata ja pani|z kims innym.
Ale jesli to pan Elton,
to szkoda sil.
Duchowny nie ozeni sie pochopnie|z osoba nieznanego pochodzenia.
Kiedys, w meskim towarzystwie,|opowiadal o siostrach z Bath.
Kazda z nich|ma 20 000 funtow.
Elton moze gadac sentymentalne|frazesy, ale postapi rozsadnie.
Gdybym miala na mysli p. Eltona,|otworzylby mi pan oczy.
- Ale chce tylko jej dobra.|- Dosc tego!
Było:
Dziękuję, Charles.
Jest:
Dziekuje, Charles.
Było:
Harriet zbiera szarady.|Pan na pewno jakąś wymyśli.
- Nie jestem dość bystry.|- Mnie pani nie prosi o zagadkę?
Pan sam jest zagadką.|To dla pana zbyt łatwe.
- Dzień dobry, panno Woodhouse.|- Dzień dobry, Piotrze.
To od pana Eltona.|Chyba coś więcej niż szarada.
Jest:
Harriet zbiera szarady.|Pan na pewno jakas wymysli.
- Nie jestem dosc bystry.|- Mnie pani nie prosi o zagadke?
Pan sam jest zagadka.|To dla pana zbyt latwe.
- Dzien dobry, panno Woodhouse.|- Dzien dobry, Piotrze.
To od pana Eltona.|Chyba cos wiecej niz szarada.
Było:
- Cała drżę. Co ona znaczy?|- Razem ją rozszyfrujemy.
"Do panny..."|Możemy dopisać: Smith.
"Pierwsze wyraża pozycję tego,|przed czym jest coś innego".
- Chodzi o słówko "za".|- Za.
"Drugie są niskie lub wysokie,|powietrzne - nigdy morskie".
Syrena? Tryton?|Czy kiedyś się dowiemy?
Jest:
- Cala drze. Co ona znaczy?|- Razem ja rozszyfrujemy.
"Do panny..."|Mozemy dopisac: Smith.
"Pierwsze wyraza pozycje tego,|przed czym jest cos innego".
- Chodzi o slowko "za".|- Za.
"Drugie sa niskie lub wysokie,|powietrzne - nigdy morskie".
Syrena? Tryton?|Czy kiedys sie dowiemy?
Było:
Teraz najlepsze.|"Lecz połączone..."
- Trzeba je połączyć.|- "Loty i za"...
Jest:
Teraz najlepsze.|"Lecz polaczone..."
- Trzeba je polaczyc.|- "Loty i za"...
Było:
Nie ma już wątpliwości.|Pragnie ciebie.
Musi tylko mieć okazję,|by ci to rzec.
- Musicie zostać sami.|- Czytajmy od nowa.
Gdyby pan Knightley|mógł to przeczytać!
- Dzień dobry.|- Dzień dobry, panienko.
Jakże się pani miewa?
- Nie mogę narzekać.|- Nie lepiej?
Przykro mi, że nic nie pomogłam.|Boję się zaszkodzić chorym.
Jest:
Nie ma juz watpliwosci.|Pragnie ciebie.
Musi tylko miec okazje,|by ci to rzec.
- Musicie zostac sami.|- Czytajmy od nowa.
Gdyby pan Knightley|mogl to przeczytac!
- Dzien dobry.|- Dzien dobry, panienko.
Jakze sie pani miewa?
- Nie moge narzekac.|- Nie lepiej?
Przykro mi, ze nic nie pomoglam.|Boje sie zaszkodzic chorym.
Było:
Gdybym miała pretekst,|żeby tam wejść!
- Że też pani nie jest zamężna!|- Nic mnie do tego nie skłania.
Jest:
Gdybym miala pretekst,|zeby tam wejsc!
- Ze tez pani nie jest zamezna!|- Nic mnie do tego nie sklania.
Było:
a dla żadnego mężczyzny|nie będę tak ważna jak dla ojca.
Ale zostać starą panną|jak panna Bates...
Tylko ubogie stare panny|są tak żałosne.
Zamożne, samotne niewiasty|budzą szacunek.
Jest:
a dla zadnego mezczyzny|nie bede tak wazna jak dla ojca.
Ale zostac stara panna|jak panna Bates...
Tylko ubogie stare panny|sa tak zalosne.
Zamozne, samotne niewiasty|budza szacunek.
Było:
Panna Woodhouse! Panna Smith!|Co za szczęście!
- Szedłem do Clarków.|- Byłyśmy tam.
Przyłączyłam się do Harriet.
- Mogę panie odprowadzić?|- Oczywiście.
Opowiedz, co robiłaś u Clarków.
Staruszce było zimno,|więc p. Woodhouse...
Patrzyła, jak Harriet ogrzewa|staruszkę kocem i dobrym sercem.
- A jak było z zupą?|- Z zupą?
Jest:
Panna Woodhouse! Panna Smith!|Co za szczescie!
- Szedlem do Clarkow.|- Bylysmy tam.
Przylaczylam sie do Harriet.
- Moge panie odprowadzic?|- Oczywiscie.
Opowiedz, co robilas u Clarkow.
Staruszce bylo zimno,|wiec p. Woodhouse...
Patrzyla, jak Harriet ogrzewa|staruszke kocem i dobrym sercem.
- A jak bylo z zupa?|- Z zupa?
Było:
- No nie wiem...|- Proszę się nie wstydzić.
- Podgrzałam trochę...|- Zupy?
Jest:
- No nie wiem...|- Prosze sie nie wstydzic.
- Podgrzalam troche...|- Zupy?
Było:
Sznurowadło.
ldźcie państwo,|ja zaraz dołączę.
Nakarmiłam ją,|a potem podniosłam,
- przeniosłam...|- Na fotel?
- Dzień dobry. Dokąd idziesz?|- Do miasta. Po rosół.
Mogę iść z tobą?
- Musimy tak pędzić?|- Mama kazała.
Zagramy w coś?
- Poważnie?|- Przysięgam.
Jest:
Sznurowadlo.
ldzcie panstwo,|ja zaraz dolacze.
Nakarmilam ja,|a potem podnioslam,
- przenioslam...|- Na fotel?
- Dzien dobry. Dokad idziesz?|- Do miasta. Po rosol.
Moge isc z toba?
- Musimy tak pedzic?|- Mama kazala.
Zagramy w cos?
- Powaznie?|- Przysiegam.
Było:
Czyżby oświadczyny?
Jest:
Czyzby oswiadczyny?
Było:
- A co podano?|- Seler, oczywiście!
Uważaj, Emmo.|Dziecko może być chore.
To może być rodzinna piękność.|Trzeba było przywieźć ją wcześniej.
Rozkosznie wygląda|w ramionach ciotki.
Jest:
- A co podano?|- Seler, oczywiscie!
Uwazaj, Emmo.|Dziecko moze byc chore.
To moze byc rodzinna pieknosc.|Trzeba bylo przywiezc ja wczesniej.
Rozkosznie wyglada|w ramionach ciotki.
Było:
Proszę traktować dorosłych|tak jak dzieci, a pogodzimy się.
Zawsze się spieramy,|bo J A błądzę. Ciekawe.
Jest:
Prosze traktowac doroslych|tak jak dzieci, a pogodzimy sie.
Zawsze sie spieramy,|bo J A bladze. Ciekawe.
Było:
Może to różnica wieku.|Jestem od pani starszy o 16 lat.
Ma pan przewagę. Ale czy upływ|21 lat nie zlikwidował różnicy?
Zmniejszył ją.
Nie kłóćmy się więcej,|droga Emmo.
Bardzo chętnie.|Oboje mieliśmy dobre intencje.
Oby pan Martin nie był|bardzo zawiedziony.
- Przeżył wielki zawód.|- Przykro mi.
Podajmy sobie ręce.
Kolację podano.
Jest:
Moze to roznica wieku.|Jestem od pani starszy o 16 lat.
Ma pan przewage. Ale czy uplyw|21 lat nie zlikwidowal roznicy?
Zmniejszyl ja.
Nie klocmy sie wiecej,|droga Emmo.
Bardzo chetnie.|Oboje mielismy dobre intencje.
Oby pan Martin nie byl|bardzo zawiedziony.
- Przezyl wielki zawod.|- Przykro mi.
Podajmy sobie rece.
Kolacje podano.
Było:
kiedy poznamy|pannę Smith?
Będzie z nami|u Westonów w Wigilię.
To będą dla niej|ważne święta.
Nie mogę się doczekać.
Przyjęcie to nic, ale Wigilia...
Jest:
kiedy poznamy|panne Smith?
Bedzie z nami|u Westonow w Wigilie.
To beda dla niej|wazne swieta.
Nie moge sie doczekac.
Przyjecie to nic, ale Wigilia...
Było:
Mam smutną nowinę.|Jest chora, nie jedzie z nami.
Co za strata dla towarzystwa!|Będzie nam jej brak.
Ale na pewno zgodzi się pani,|że najlepiej, gdy nie ma tłoku.
Lepiej mniej niż więcej.|Dobrze, że śnieg pada dziś,
a nie wczoraj,|bo przyjęcie by odwołano.
A to byłoby|naprawdę smutne.
- Może whisky?|- Nie, dziękuję.
- Ponczu?|- Chętnie.
Obawiam się,|że taka pogoda mi nie służy.
Jest:
Mam smutna nowine.|Jest chora, nie jedzie z nami.
Co za strata dla towarzystwa!|Bedzie nam jej brak.
Ale na pewno zgodzi sie pani,|ze najlepiej, gdy nie ma tloku.
Lepiej mniej niz wiecej.|Dobrze, ze snieg pada dzis,
a nie wczoraj,|bo przyjecie by odwolano.
A to byloby|naprawde smutne.
- Moze whisky?|- Nie, dziekuje.
- Ponczu?|- Chetnie.
Obawiam sie,|ze taka pogoda mi nie sluzy.
Było:
Mój syn, Frank,|napisał z ciekawą nowiną.
- Czy pani ciepło?|- Tak, dziękuję.
List przyszedł dziś. Zgotował nam|wspaniałą niespodziankę. Frank...
Starsze damy narzekają|na chłód.
Mnie jest ciepło.
Przy samym kominku|może być za ciepło.
Jest:
Moj syn, Frank,|napisal z ciekawa nowina.
- Czy pani cieplo?|- Tak, dziekuje.
List przyszedl dzis. Zgotowal nam|wspaniala niespodzianke. Frank...
Starsze damy narzekaja|na chlod.
Mnie jest cieplo.
Przy samym kominku|moze byc za cieplo.
Było:
Nie mogłem|w to uwierzyć,
pani Weston musiała|przeczytać list. Frank pisze...
Czy mogę jakoś pomóc|pani ojcu?
Jest pan bardzo miły,|ale chyba mu dobrze.
Dziękuję za troskę.
Dziękuję, że uważa mnie pani|za troskliwego.
Może przyniesie mi pan ponczu?
Obym był dość szybki.
Nie będzie mi smakował,|jeśli będzie się pan śpieszył.
- Ekscytujące nowiny!|- l na tym skończył list.
Żurawina, mamo!
Emmo, była pani tak rozrywana,|że mogła pani nie usłyszeć:
Frank nareszcie przyjeżdża.
Chętnie go poznam,|jeśli odstąpi go pan na chwilę.
Jeśli jego ciotka odstąpi go nam.|Nie podała daty.
Rozsądnie. Obecna pogoda|nie sprzyja podróżom.
Chyba nie przeszkadzam?|Wciąż myślę o pannie Smith.
- Uszczęśliwi ją pańska troska.|- Sytuacja jest niebezpieczna.
Nic gorszego niż chore gardło.|Skutki mogą być fatalne.
Dlatego proszę,|by jej pani nie odwiedzała.
Ryzykuje pani własne zdrowie.|To niedopuszczalne.
Czy tak można?|Czy nie mam prawa narzekać?
Jest:
Nie moglem|w to uwierzyc,
pani Weston musiala|przeczytac list. Frank pisze...
Czy moge jakos pomoc|pani ojcu?
Jest pan bardzo mily,|ale chyba mu dobrze.
Dziekuje za troske.
Dziekuje, ze uwaza mnie pani|za troskliwego.
Moze przyniesie mi pan ponczu?
Obym byl dosc szybki.
Nie bedzie mi smakowal,|jesli bedzie sie pan spieszyl.
- Ekscytujace nowiny!|- l na tym skonczyl list.
Zurawina, mamo!
Emmo, byla pani tak rozrywana,|ze mogla pani nie uslyszec:
Frank nareszcie przyjezdza.
Chetnie go poznam,|jesli odstapi go pan na chwile.
Jesli jego ciotka odstapi go nam.|Nie podala daty.
Rozsadnie. Obecna pogoda|nie sprzyja podrozom.
Chyba nie przeszkadzam?|Wciaz mysle o pannie Smith.
- Uszczesliwi ja panska troska.|- Sytuacja jest niebezpieczna.
Nic gorszego niz chore gardlo.|Skutki moga byc fatalne.
Dlatego prosze,|by jej pani nie odwiedzala.
Ryzykuje pani wlasne zdrowie.|To niedopuszczalne.
Czy tak mozna?|Czy nie mam prawa narzekac?
Było:
chce wracać. Odwieziemy go.
Ja zaopiekuję się|pańską szwagierką.
- Pogoda na pewno...|- Błagam,
ta podróż to zrządzenie losu.|Chwytam nie pani rękę, lecz...
- Wracaj pan na miejsce!|- Proszę... Mam nadzieję...
Boję się...
Umrę, jeśli pani odmówi.
Moje przywiązanie i miłość|musiały na panią wpłynąć...
To ja, panna Woodhouse!|Oszołomiło pana przyjęcie.
Przekażę to pannie Smith,|ale resztę powie pan jej.
Co miałbym jej mówić?
- Pannie Smith?|- Wino panu zaszkodziło.
Wzmocniło tylko moją wolę.|Kocham panią!
Jest:
chce wracac. Odwieziemy go.
Ja zaopiekuje sie|panska szwagierka.
- Pogoda na pewno...|- Blagam,
ta podroz to zrzadzenie losu.|Chwytam nie pani reke, lecz...
- Wracaj pan na miejsce!|- Prosze... Mam nadzieje...
Boje sie...
Umre, jesli pani odmowi.
Moje przywiazanie i milosc|musialy na pania wplynac...
To ja, panna Woodhouse!|Oszolomilo pana przyjecie.
Przekaze to pannie Smith,|ale reszte powie pan jej.
Co mialbym jej mowic?
- Pannie Smith?|- Wino panu zaszkodzilo.
Wzmocnilo tylko moja wole.|Kocham pania!
Było:
Ona obchodzi mnie tylko|jako pani przyjaciółka.
Kto o niej myśli,|gdy obok jest panna Woodhouse?
Każdy mój czyn i słowo|wyrażały uwielbienie dla pani.
Dlatego oprawiłem|ten portret.
Pozwól, pani...
... że wytłumaczę twoje milczenie:|tyś wiedziała.
Jest:
Ona obchodzi mnie tylko|jako pani przyjaciolka.
Kto o niej mysli,|gdy obok jest panna Woodhouse?
Kazdy moj czyn i slowo|wyrazaly uwielbienie dla pani.
Dlatego oprawilem|ten portret.
Pozwol, pani...
... ze wytlumacze twoje milczenie:|tys wiedziala.
Było:
Nie zamierzał pan|oświadczyć się pannie Smith?
- Nie zrozumiała pani szarady?|- Ona była dla Harriet!
Nie adresowałem jej do Harriet.|Zostawiłem ją u pani.
To poczciwe dziewczę|i znajdą się chętni do...
Ciągnie swój do swego.
Nie muszę się zwracać|do panny Smith.
Wolę panią.
Widziałam w panu|wielbiciela przyjaciółki.
Jest:
Nie zamierzal pan|oswiadczyc sie pannie Smith?
- Nie zrozumiala pani szarady?|- Ona byla dla Harriet!
Nie adresowalem jej do Harriet.|Zostawilem ja u pani.
To poczciwe dziewcze|i znajda sie chetni do...
Ciagnie swoj do swego.
Nie musze sie zwracac|do panny Smith.
Wole pania.
Widzialam w panu|wielbiciela przyjaciolki.
Było:
- Ale koniec omyłek.|- Jej omyłek. - Moich też.
Nie mówmy o niej.
Co z moją propozycją?
Wiązałam z panem nadzieje|tylko ze względu na Harriet.
Jest:
- Ale koniec omylek.|- Jej omylek. - Moich tez.
Nie mowmy o niej.
Co z moja propozycja?
Wiazalam z panem nadzieje|tylko ze wzgledu na Harriet.
Było:
- Co się stało?|- Panno Taylor... Pani Weston.
Zawaliły się wszystkie me plany|co do Harriet i pana Eltona.
Stała się rzecz bolesna|i niepotrzebna.
Jest:
- Co sie stalo?|- Panno Taylor... Pani Weston.
Zawalily sie wszystkie me plany|co do Harriet i pana Eltona.
Stala sie rzecz bolesna|i niepotrzebna.
Było:
- Pan Elton... Uwaga! On...|- Zakochał się w tobie.
- Pani wiedziała?|- Podejrzewałam. Od przyjęcia.
Co gorsza, wmówiłam jej|sympatię do niego.
Gdyby nie to, nie byłabym winna.
A pan Knightley ostrzegał!
Namówiłam Harriet,|by odrzuciła pana Martina.
Tego miłego farmera?
Z tym miałam rację. Brawo, Emmo!|Ale poza tym błądziłam.
Swatałam tych dwoje.|Nigdy więcej tego nie zrobię.
- Biedaczka...|- Jest młoda, przeżyje.
Chcę ją pocieszyć, ale kto|by się dla niej nadał? Pan Coxe?
Jest:
- Pan Elton... Uwaga! On...|- Zakochal sie w tobie.
- Pani wiedziala?|- Podejrzewalam. Od przyjecia.
Co gorsza, wmowilam jej|sympatie do niego.
Gdyby nie to, nie bylabym winna.
A pan Knightley ostrzegal!
Namowilam Harriet,|by odrzucila pana Martina.
Tego milego farmera?
Z tym mialam racje. Brawo, Emmo!|Ale poza tym bladzilam.
Swatalam tych dwoje.|Nigdy wiecej tego nie zrobie.
- Biedaczka...|- Jest mloda, przezyje.
Chce ja pocieszyc, ale kto|by sie dla niej nadal? Pan Coxe?
Było:
- Miałaś skończyć ze swatami.|- Rzeczywiście.
Jak ja jej osłodzę|tę nowinę?
Obawiam się,|że najlepiej mówić prawdę.
Jest:
- Mialas skonczyc ze swatami.|- Rzeczywiscie.
Jak ja jej oslodze|te nowine?
Obawiam sie,|ze najlepiej mowic prawde.
Było:
- Musiał wyjechać.|- Czemu?
Napisał do ojca,|że jedzie do Bath, odpocząć.
l tu dochodzimy|do niemiłego tematu.
Z panią nie ma|niemiłych tematów.
Ten taki jest. Wyznaję,|że myliłam się w sprawie,
która zaprzątała nas|od pewnego czasu.
Jest:
- Musial wyjechac.|- Czemu?
Napisal do ojca,|ze jedzie do Bath, odpoczac.
l tu dochodzimy|do niemilego tematu.
Z pania nie ma|niemilych tematow.
Ten taki jest. Wyznaje,|ze mylilam sie w sprawie,
ktora zaprzatala nas|od pewnego czasu.
Było:
On cię szczerze podziwia|jako osobę, ale niestety
zakochał się we mnie.|Nie odwzajemniam jego uczuć,
Jest:
On cie szczerze podziwia|jako osobe, ale niestety
zakochal sie we mnie.|Nie odwzajemniam jego uczuc,
Było:
Zawsze czułam, że na niego|nie zasługuję.
Nie winię go za to,|że czuł to samo.
Nie winię też pani. Tylko dobra|przyjaciółka mogła w to wierzyć.
Chciałam cię|czegoś nauczyć.
A widzę, że miałabym szczęście,|gdybym była do ciebie podobna.
Dopiero co odstawione od suki.|lch widok musi poprawić humor.
Czy pan Elton|spotyka się z paniami?
- Nie wiem. Dotknij łapy!|- Nie dziwiłabym się.
Ciekawe, kiedy wróci.
Powinnaś|o nim zapomnieć.
A tak, przepraszam.|Dzięki za zaproszenie.
Jest:
Zawsze czulam, ze na niego|nie zasluguje.
Nie winie go za to,|ze czul to samo.
Nie winie tez pani. Tylko dobra|przyjaciolka mogla w to wierzyc.
Chcialam cie|czegos nauczyc.
A widze, ze mialabym szczescie,|gdybym byla do ciebie podobna.
Dopiero co odstawione od suki.|lch widok musi poprawic humor.
Czy pan Elton|spotyka sie z paniami?
- Nie wiem. Dotknij lapy!|- Nie dziwilabym sie.
Ciekawe, kiedy wroci.
Powinnas|o nim zapomniec.
A tak, przepraszam.|Dzieki za zaproszenie.
Było:
Pan Elton też|miał brązowe.
Wiem, gdzie nie będziesz mogła|o nim mówić. O nim ani w ogóle.
Cóż to za przyjemność!
Jak uroczo, że nas pani|odwiedza. Prawda, mamo?
Jest:
Pan Elton tez|mial brazowe.
Wiem, gdzie nie bedziesz mogla|o nim mowic. O nim ani w ogole.
Coz to za przyjemnosc!
Jak uroczo, ze nas pani|odwiedza. Prawda, mamo?
Było:
że rozmawiałyśmy|o czymś ciekawym.
Tylko nie kolejny list|tej głupiej Jane Fairfax!
Jest:
ze rozmawialysmy|o czyms ciekawym.
Tylko nie kolejny list|tej glupiej Jane Fairfax!
Było:
O, tu: "Obserwowały go|wszystkie młode damy".
To dla nas żadna niespodzianka.|Jaka pani blada! Pewnie z głodu.
Przyniosę ciasta.|Miło mieć gości, prawda?
Jest:
O, tu: "Obserwowaly go|wszystkie mlode damy".
To dla nas zadna niespodzianka.|Jaka pani blada! Pewnie z glodu.
Przyniose ciasta.|Milo miec gosci, prawda?
Było:
Mama pytała o Jane Fairfax, choć|to nie jest dzień na jej listy.
To nie jest dzień Jane!
Jest:
Mama pytala o Jane Fairfax, choc|to nie jest dzien na jej listy.
To nie jest dzien Jane!
Było:
A dziś, jak pani wie,|jest czwartek.
Mówię mamie:|"Dziś rano dostałyśmy list".
Jest:
A dzis, jak pani wie,|jest czwartek.
Mowie mamie:|"Dzis rano dostalysmy list".
Było:
Odparłam:|"Przysięgam na honor".
Proszę. Serwetka.
Może nam pani|streści ten list?
Nie pozbawię pani przyjemności|wysłuchania go. Na honor, nigdy.
Jest:
Odparlam:|"Przysiegam na honor".
Prosze. Serwetka.
Moze nam pani|stresci ten list?
Nie pozbawie pani przyjemnosci|wysluchania go. Na honor, nigdy.
Było:
Jane, niestety,|przeziębiła się.
Tak. Ale dobre wieści|są o wiele ważniejsze.
Jane przyjedzie z wizytą.
Pani pomoże ją podjąć,
bo inaczej nic się nie uda.|Usiądzie pani tutaj i powie...
Miło nam panią gościć.|Jak pani się wyrwała?
Państwo Campbell pojechali|do lrlandii, a ja tutaj.
Jest:
Jane, niestety,|przeziebila sie.
Tak. Ale dobre wiesci|sa o wiele wazniejsze.
Jane przyjedzie z wizyta.
Pani pomoze ja podjac,
bo inaczej nic sie nie uda.|Usiadzie pani tutaj i powie...
Milo nam pania goscic.|Jak pani sie wyrwala?
Panstwo Campbell pojechali|do lrlandii, a ja tutaj.
Było:
Milsza niż oczekiwałam.
Powiedz, kogo spotkałaś|w Weymouth.
Jest:
Milsza niz oczekiwalam.
Powiedz, kogo spotkalas|w Weymouth.
Było:
Znamy go ze słyszenia.|Przystojny?
Jest:
Znamy go ze slyszenia.|Przystojny?
Było:
Wykształcony?
Jest:
Wyksztalcony?
Było:
Jest nieznośna.|Nic mi o nim nie powiedziała.
A co panią obchodzi|Frank Churchill?
Byłam po prostu uprzejma,|a ona - nie.
Nie lubi jej pani,|bo odwraca uwagę od pani.
Jest:
Jest nieznosna.|Nic mi o nim nie powiedziala.
A co pania obchodzi|Frank Churchill?
Bylam po prostu uprzejma,|a ona - nie.
Nie lubi jej pani,|bo odwraca uwage od pani.
Było:
Pan Elton się żeni.
Nie wiem, co powiedzieć.|Jestem...
... wstrząśnięta.
- Już wiesz?|- O czym?
Nieważne.
Szłam do pani.
Zaczęło padać,|schowałam się w sklepie.
Jest:
Pan Elton sie zeni.
Nie wiem, co powiedziec.|Jestem...
... wstrzasnieta.
- Juz wiesz?|- O czym?
Niewazne.
Szlam do pani.
Zaczelo padac,|schowalam sie w sklepie.
Było:
Oglądałam materiały, gdy weszła|Elżbieta Martin
z bratem.|Mało nie zemdlałam.
Oni zaczęli szeptać.|A potem - nie do wiary -
ona podeszła i zaczęła ze mną|rozmawiać! Powiedziała:
Szkoda,|że się nie widujemy.
Jest:
Ogladalam materialy, gdy weszla|Elzbieta Martin
z bratem.|Malo nie zemdlalam.
Oni zaczeli szeptac.|A potem - nie do wiary -
ona podeszla i zaczela ze mna|rozmawiac! Powiedziala:
Szkoda,|ze sie nie widujemy.
Było:
Bardzo pani miła.
l wtedy podszedł
mój pan Martin.
- Dzień dobry.|- Dzień dobry.
Przeczytałem "Opowieść leśną".|Ciekawa powieść.
Powiedziałam, że muszę iść.|Ruszył za mną. l zaraz mówi:
Jest:
Bardzo pani mila.
l wtedy podszedl
moj pan Martin.
- Dzien dobry.|- Dzien dobry.
Przeczytalem "Opowiesc lesna".|Ciekawa powiesc.
Powiedzialam, ze musze isc.|Ruszyl za mna. l zaraz mowi:
Było:
Proszę iść|koło stajni Cole'a.
Krótsza droga|jest zalana.
Dziękuję.
Niechże pani|poprawi mi humor.
To chyba nie jest chwila,|by mówić o zaręczynach Eltona.
Niezręczna sytuacja: pierwsze|spotkanie, odkąd dostał kosza.
l ty, i on|zachowaliście się doskonale.
Najlepsze, co możesz zrobić,|to na dobre o nim zapomnieć.
Jest:
Prosze isc|kolo stajni Cole'a.
Krotsza droga|jest zalana.
Dziekuje.
Niechze pani|poprawi mi humor.
To chyba nie jest chwila,|by mowic o zareczynach Eltona.
Niezreczna sytuacja: pierwsze|spotkanie, odkad dostal kosza.
l ty, i on|zachowaliscie sie doskonale.
Najlepsze, co mozesz zrobic,|to na dobre o nim zapomniec.
Było:
- Już zapomniałam.|- Cudownie!
Narysuję szczeniaki.|Pomożesz mi?
To miło, że ostrzegł mnie|przed powodzią.
Zamoczył płaszcz, by to zrobić.|A dała mu go matka na urodziny.
Oby się nie zaziębił.
Jest:
- Juz zapomnialam.|- Cudownie!
Narysuje szczeniaki.|Pomozesz mi?
To milo, ze ostrzegl mnie|przed powodzia.
Zamoczyl plaszcz, by to zrobic.|A dala mu go matka na urodziny.
Oby sie nie zaziebil.
Było:
Koń myje kopyta,|czy to działanie złych mocy?
Coś się stało z kołem.|Nie mogę się stąd ruszyć.
Musi pani tu zostać.
To chyba nie wystarczy.|Odwiozę panią do domu.
Bardzo dziękuję,|panie...?
Jest:
Kon myje kopyta,|czy to dzialanie zlych mocy?
Cos sie stalo z kolem.|Nie moge sie stad ruszyc.
Musi pani tu zostac.
To chyba nie wystarczy.|Odwioze pania do domu.
Bardzo dziekuje,|panie...?
Było:
Znam to imię jak własne. Pańska|macocha była moją guwernantką.
Panna Woodhouse? Miło mi.|Ciągle o pani słyszę.
Miał pan|przyjechać jutro.
Miło się zjawić,|nim zaczną nas wypatrywać.
Na ogół tak nie robię,|ale skoro wracam do domu...
Nie był pan jeszcze w domu?|Musimy tam jechać. Ucieszą się.
Ucieszą się, że jesteśmy razem.|Jak ja się cieszę.
Słyszała pani?|Frank Churchill przyjechał.
Poznałam go wczoraj.|Pomógł mi, gdy...
Jest tak przystojny,|jak mówią?
Ja go nie widziałam, ale Jane|mówi, że jest niebrzydki.
Zobaczę go dopiero|u państwa Cole, czyli nieprędko.
Ale gdyby nas odwiedził,|byłybyśmy przygotowane.
Przyszło zaproszenie|od Cole'ów?
Dzięki Bogu, nie.|Musielibyśmy wyjść na dwór!
Jeśli stoją niżej niż my,|trzeba odmówić. Po co ich łudzić?
- Czy James przyniósł listy?|- Nie interesuję się pocztą.
Czemu nie piszą?|Pewnie wiedzą, że muszę odmówić.
Ale jako bliscy znajomi Westonów|powinni zaprosić i nas.
Chyba że mnie nie chcą.|Nie mogę...
... wyrazić, jak się cieszę,|pani Cole.
- Piękny instrument.|- Dziękuję.
Ale jest w mieście|ładniejszy. Dostała go Jane.
Jest:
Znam to imie jak wlasne. Panska|macocha byla moja guwernantka.
Panna Woodhouse? Milo mi.|Ciagle o pani slysze.
Mial pan|przyjechac jutro.
Milo sie zjawic,|nim zaczna nas wypatrywac.
Na ogol tak nie robie,|ale skoro wracam do domu...
Nie byl pan jeszcze w domu?|Musimy tam jechac. Uciesza sie.
Uciesza sie, ze jestesmy razem.|Jak ja sie ciesze.
Slyszala pani?|Frank Churchill przyjechal.
Poznalam go wczoraj.|Pomogl mi, gdy...
Jest tak przystojny,|jak mowia?
Ja go nie widzialam, ale Jane|mowi, ze jest niebrzydki.
Zobacze go dopiero|u panstwa Cole, czyli niepredko.
Ale gdyby nas odwiedzil,|bylybysmy przygotowane.
Przyszlo zaproszenie|od Cole'ow?
Dzieki Bogu, nie.|Musielibysmy wyjsc na dwor!
Jesli stoja nizej niz my,|trzeba odmowic. Po co ich ludzic?
- Czy James przyniosl listy?|- Nie interesuje sie poczta.
Czemu nie pisza?|Pewnie wiedza, ze musze odmowic.
Ale jako bliscy znajomi Westonow|powinni zaprosic i nas.
Chyba ze mnie nie chca.|Nie moge...
... wyrazic, jak sie ciesze,|pani Cole.
- Piekny instrument.|- Dziekuje.
Ale jest w miescie|ladniejszy. Dostala go Jane.
Było:
To właśnie jest podniecające.|Nie wiadomo.
Jest:
To wlasnie jest podniecajace.|Nie wiadomo.
Było:
Rodzice Jane nie żyją,|panie Bates są niezamożne,
więc wychowywał ją płk Campbell,|przyjaciel jej ojca.
- To na pewno on.|- W liście o tym nie wspominał.
- To pewnie niespodzianka.|- Może panna Fairfax coś wie.
Skąd ten uśmiech?
Zastanawiam się, kto jeszcze|może być patronem p. Fairfax.
- Zna ją pani?|- Tak. Jest elegancka.
Córka pułkownika jest jej|przyjaciółką. Może to od niej?
- Od pani Dixon? Możliwe.|- A może od pana Dixona?
Może oświadczywszy się|miłej, prostej pannie Campbell,
pan Dixon zakochał się|w pannie Fairfax, osobie...
- Eleganckiej. Skąd ta myśl?|- Ona też tak uważa.
Dlatego nie pojechała|z Campbellami na wakacje.
Pan Dixon na pewno|wybrał się z nimi,
a panna Fairfax daje mu znać,|że chce o nim zapomnieć.
Jest:
Rodzice Jane nie zyja,|panie Bates sa niezamozne,
wiec wychowywal ja plk Campbell,|przyjaciel jej ojca.
- To na pewno on.|- W liscie o tym nie wspominal.
- To pewnie niespodzianka.|- Moze panna Fairfax cos wie.
Skad ten usmiech?
Zastanawiam sie, kto jeszcze|moze byc patronem p. Fairfax.
- Zna ja pani?|- Tak. Jest elegancka.
Corka pulkownika jest jej|przyjaciolka. Moze to od niej?
- Od pani Dixon? Mozliwe.|- A moze od pana Dixona?
Moze oswiadczywszy sie|milej, prostej pannie Campbell,
pan Dixon zakochal sie|w pannie Fairfax, osobie...
- Eleganckiej. Skad ta mysl?|- Ona tez tak uwaza.
Dlatego nie pojechala|z Campbellami na wakacje.
Pan Dixon na pewno|wybral sie z nimi,
a panna Fairfax daje mu znac,|ze chce o nim zapomniec.
Było:
Wiesz, jak panna Bates|i Jane Fairfax dotarły tutaj?
Jest:
Wiesz, jak panna Bates|i Jane Fairfax dotarly tutaj?
Było:
Nie wierzę w jego|bezinteresowność.
Mam pewne podejrzenie.|On i Jane Fairfax kochają się.
Nie zna się pani|na swataniu. Oni dwoje?
- Wstrętna myśl! Pomijając...|- Boże!
A jeśli to on przysłał fortepian?
Jest:
Nie wierze w jego|bezinteresownosc.
Mam pewne podejrzenie.|On i Jane Fairfax kochaja sie.
Nie zna sie pani|na swataniu. Oni dwoje?
- Wstretna mysl! Pomijajac...|- Boze!
A jesli to on przyslal fortepian?
Było:
Może unikają się,|by zachować sekret.
Jest:
Moze unikaja sie,|by zachowac sekret.
Było:
Raczy pani wypróbować|instrument?
- Brak mi talentu.|- To może panna Fairfax?
Czyś moją słyszał panią,|jak w ogrodzie śpiewa?
Ptaki milkną przed nią,|gdy wchodzi między drzewa.
Czyś moją widział panią,|jak w ogrodzie stąpa?
Róże i lilie bledną,|tak różane lica ma.
Choć jestem|dla niej niczym,
z rzadka|na mnie spogląda,
nie będę jej zalotnikiem,
lecz kochał będę ją.
Musiałeś ją usłyszeć,
gdy w ogrodzie śpiewała,
ptaki wtedy milkły,
gdy między drzewa wkraczała.
Musiałeś ją zobaczyć,
kiedy w ogrodzie stąpała,
gdy gasło przy niej słońce,
tak złote włosy miała.
Jest:
Raczy pani wyprobowac|instrument?
- Brak mi talentu.|- To moze panna Fairfax?
Czys moja slyszal pania,|jak w ogrodzie spiewa?
Ptaki milkna przed nia,|gdy wchodzi miedzy drzewa.
Czys moja widzial pania,|jak w ogrodzie stapa?
Roze i lilie bledna,|tak rozane lica ma.
Choc jestem|dla niej niczym,
z rzadka|na mnie spoglada,
nie bede jej zalotnikiem,
lecz kochal bede ja.
Musiales ja uslyszec,
gdy w ogrodzie spiewala,
ptaki wtedy milkly,
gdy miedzy drzewa wkraczala.
Musiales ja zobaczyc,
kiedy w ogrodzie stapala,
gdy gaslo przy niej slonce,
tak zlote wlosy miala.
Było:
Zna pani "Operę żebraczą"?|Spróbujemy?
Dziewice są jak te kwiaty,
co kwitną na ziemi w ogrodzie.
Wokół nich pszczele|loty i zaloty,
motyle krzykliwe|idą w zawody.
Jest:
Zna pani "Opere zebracza"?|Sprobujemy?
Dziewice sa jak te kwiaty,
co kwitna na ziemi w ogrodzie.
Wokol nich pszczele|loty i zaloty,
motyle krzykliwe|ida w zawody.
Było:
Miło, że użyczył jej pan powozu.|Nie zmarzły jej palce.
Pani też wspaniale grała.
- Dużo gorzej niż ona.|- Nie.
Jest:
Milo, ze uzyczyl jej pan powozu.|Nie zmarzly jej palce.
Pani tez wspaniale grala.
- Duzo gorzej niz ona.|- Nie.
Było:
Państwo Campbell|hojnie ją obdarowali.
Jest:
Panstwo Campbell|hojnie ja obdarowali.
Było:
Nie powiększają przyjemności,|a mnożą kłopoty. To był błąd.
Jest:
Nie powiekszaja przyjemnosci,|a mnoza klopoty. To byl blad.
Było:
On chce się popisać.|Jane zachrypnie.
Panno Bates!|Proszę to zakończyć.
- To jej zaszkodzi.|- Tak pan sądzi? Dobrze.
Przykro mi,|ale ciotka zachorowała.
To nic poważnego,|ale muszę do niej wracać.
Nie mogłem odjechać,|nie odwiedziwszy pani.
Nie ma pan nawet pięciu minut,|by odwiedzić panie Bates?
Wpadłem tam po drodze.|Nigdy bym ich nie zlekceważył.
Ale nie myślę teraz o nich|ani o ciotce.
Mam sprawę|bardziej osobistą.
Zapewne zgaduje pani,|że wzbudziła we mnie uczucie
osóbka czuła i oddana,|co dotąd starałem się ukrywać.
Pani zawsze była|tak wobec mnie przyjazna,
że nie wypada mi dłużej|tego ukrywać.
- Krótko mówiąc, muszę...|- Pan Weston!
Pani Weston ma do mnie pisać.|Dobrze mieć korespondentkę.
Dzięki jej listom|znów będę w Highbury,
z panią.
Jest:
On chce sie popisac.|Jane zachrypnie.
Panno Bates!|Prosze to zakonczyc.
- To jej zaszkodzi.|- Tak pan sadzi? Dobrze.
Przykro mi,|ale ciotka zachorowala.
To nic powaznego,|ale musze do niej wracac.
Nie moglem odjechac,|nie odwiedziwszy pani.
Nie ma pan nawet pieciu minut,|by odwiedzic panie Bates?
Wpadlem tam po drodze.|Nigdy bym ich nie zlekcewazyl.
Ale nie mysle teraz o nich|ani o ciotce.
Mam sprawe|bardziej osobista.
Zapewne zgaduje pani,|ze wzbudzila we mnie uczucie
osobka czula i oddana,|co dotad staralem sie ukrywac.
Pani zawsze byla|tak wobec mnie przyjazna,
ze nie wypada mi dluzej|tego ukrywac.
- Krotko mowiac, musze...|- Pan Weston!
Pani Weston ma do mnie pisac.|Dobrze miec korespondentke.
Dzieki jej listom|znow bede w Highbury,
z pania.
Było:
Już miał to wyznać,|kiedy wpadł jego ojciec.
Gdy wyszedł, osłabłam i miałam|ból głowy - czyli też go kocham.
lnaczej wyobrażałam sobie|miłość.
Teraz się okaże,|jak bardzo go kocham.
żałuję, że go nie ma,|bo czeka mnie niemiłe zadanie.
Pan Elton przychodzi|z żoną na herbatę.
Jest:
Juz mial to wyznac,|kiedy wpadl jego ojciec.
Gdy wyszedl, oslablam i mialam|bol glowy - czyli tez go kocham.
lnaczej wyobrazalam sobie|milosc.
Teraz sie okaze,|jak bardzo go kocham.
zaluje, ze go nie ma,|bo czeka mnie niemile zadanie.
Pan Elton przychodzi|z zona na herbate.
Było:
Przedsionek, rozmiary pokojów -|zachwycające. Jakbym tam była.
- Cieszę się.|-Brat i bratowa będą oczarowani.
Właściciele rozległych dóbr|chętnie poznają podobnych sobie.
Przecenia pani Hartfield.|Tu nie brak ładnych domów.
Zawsze mawiam,|że Surrey to ogród Anglii.
Tak się mówi|o wielu hrabstwach.
Skąd znowu!|Słyszałam to tylko o Surrey.
Jest:
Przedsionek, rozmiary pokojow -|zachwycajace. Jakbym tam byla.
- Ciesze sie.|-Brat i bratowa beda oczarowani.
Wlasciciele rozleglych dobr|chetnie poznaja podobnych sobie.
Przecenia pani Hartfield.|Tu nie brak ladnych domow.
Zawsze mawiam,|ze Surrey to ogrod Anglii.
Tak sie mowi|o wielu hrabstwach.
Skad znowu!|Slyszalam to tylko o Surrey.
Było:
Żyjemy cicho i spokojnie.|Przesiadujemy w domu.
Zdrowie pani ojca zapewne|nie ułatwia pani podróży.
Dobrze by mu zrobiła|kuracja w Bath.
Próbował już jej -|bez skutku.
Pomogłaby mu, choćby na humor -|bo słyszę, że bywa przygnębiony.
Musi pani go tam zabrać. Zapewnię|państwu najlepsze towarzystwo.
- A moja przyjaciółka...|- Wyjazd jest wykluczony.
Nie pytałam,|czy jest pani muzykalna,
bo fama panią wyprzedziła.
Całe miasto wie,|że gra pani znakomicie.
Uwielbiam muzykę|i podobno nie brak mi smaku.
Gdy p. Elton prosił mnie o rękę,|odrzekłam,
że nie muszę mieć dwóch powozów|ani dużego domu.
A miałam większy niż mam.
Ja nie potrzebuję świata,|bo mam mnóstwo skarbów -
Jest:
Zyjemy cicho i spokojnie.|Przesiadujemy w domu.
Zdrowie pani ojca zapewne|nie ulatwia pani podrozy.
Dobrze by mu zrobila|kuracja w Bath.
Probowal juz jej -|bez skutku.
Pomoglaby mu, chocby na humor -|bo slysze, ze bywa przygnebiony.
Musi pani go tam zabrac. Zapewnie|panstwu najlepsze towarzystwo.
- A moja przyjaciolka...|- Wyjazd jest wykluczony.
Nie pytalam,|czy jest pani muzykalna,
bo fama pania wyprzedzila.
Cale miasto wie,|ze gra pani znakomicie.
Uwielbiam muzyke|i podobno nie brak mi smaku.
Gdy p. Elton prosil mnie o reke,|odrzeklam,
ze nie musze miec dwoch powozow|ani duzego domu.
A mialam wiekszy niz mam.
Ja nie potrzebuje swiata,|bo mam mnostwo skarbow -
Było:
Ale bez muzyki moje życie|byłoby puste.
Musimy założyć klub muzyczny,|spotykać się tu albo u nas.
Nie chcę zmarnować talentu.
Przenosiny do innego miasta|nie zniszczą tak wielkich zdolności.
Ja nie mówię, że są wielkie.|Tak o nich mówią przyjaciele.
Byliśmy już u Westonów.
Uwielbiam panią Weston.|Jest zdumiewająco dystyngowana.
- Była pani guwernantką?|- Jej skromność czyni ją wzorem.
- Wie pani, kto tam przyszedł?|- Nie mam pojęcia.
Jest:
Ale bez muzyki moje zycie|byloby puste.
Musimy zalozyc klub muzyczny,|spotykac sie tu albo u nas.
Nie chce zmarnowac talentu.
Przenosiny do innego miasta|nie zniszcza tak wielkich zdolnosci.
Ja nie mowie, ze sa wielkie.|Tak o nich mowia przyjaciele.
Bylismy juz u Westonow.
Uwielbiam pania Weston.|Jest zdumiewajaco dystyngowana.
- Byla pani guwernantka?|- Jej skromnosc czyni ja wzorem.
- Wie pani, kto tam przyszedl?|- Nie mam pojecia.
Było:
Przyjaciel pana E. Przynajmniej|jego nie trzeba się wstydzić.
To dżentelmen.
Jest:
Przyjaciel pana E. Przynajmniej|jego nie trzeba sie wstydzic.
To dzentelmen.
Było:
- go widziała, a nazywa go Knightley!|- Wydała mi się...
Wulgarna? Przyziemna? Próżna?
Dzień dobry, pani Starr.
Odkryła, że pan Knightley|jest dżentelmenem.
Wątpię, żeby on|uznał ją za damę.
Panie Simons!|Dzień dobry.
Chce ze mną założyć|klub muzyczny.
Może pan Elton poznał ją|w szpitalu dla obłąkanych?
Dla tak niemożliwej osoby|można zrobić tylko jedno.
Wydać dla niej przyjęcie,|by nie widziano, jak jej nie lubię.
Tak się cieszymy...
Wie pani, kogo uwielbiam? Kogo|mam chęć włożyć do kieszeni?
- Knightleya?|- Jane Fairfax. Szaleję za nią!
A najbardziej lubię jej|skromność. Ja wielbię skromność.
Ale, jak mówi poeta: "Zbyt wiele|kwiatów kwitnie w ukryciu".
Nie pozwólmy,|by tak było z Jane.
- Campbellowie o nią dbają.|- Raczej dbali.
Ale jeśli my damy przykład,|inni pójdą za nim.
Przy naszym stylu życia|to żadna niedogodność.
Ja ją wprost adoptuję,|a pani winna mi pomóc.
Jest:
- go widziala, a nazywa go Knightley!|- Wydala mi sie...
Wulgarna? Przyziemna? Prozna?
Dzien dobry, pani Starr.
Odkryla, ze pan Knightley|jest dzentelmenem.
Watpie, zeby on|uznal ja za dame.
Panie Simons!|Dzien dobry.
Chce ze mna zalozyc|klub muzyczny.
Moze pan Elton poznal ja|w szpitalu dla oblakanych?
Dla tak niemozliwej osoby|mozna zrobic tylko jedno.
Wydac dla niej przyjecie,|by nie widziano, jak jej nie lubie.
Tak sie cieszymy...
Wie pani, kogo uwielbiam? Kogo|mam chec wlozyc do kieszeni?
- Knightleya?|- Jane Fairfax. Szaleje za nia!
A najbardziej lubie jej|skromnosc. Ja wielbie skromnosc.
Ale, jak mowi poeta: "Zbyt wiele|kwiatow kwitnie w ukryciu".
Nie pozwolmy,|by tak bylo z Jane.
- Campbellowie o nia dbaja.|- Raczej dbali.
Ale jesli my damy przyklad,|inni pojda za nim.
Przy naszym stylu zycia|to zadna niedogodnosc.
Ja ja wprost adoptuje,|a pani winna mi pomoc.
Było:
było mi żal Jane Fairfax.|Nie zasługuje na taką karę.
Mogą ją ucieszyć te atencje,|bo innych nie otrzymuje.
- Otrzymuje. Od pana.|- Wszyscy wiedzą, jak ją cenię.
Jest:
bylo mi zal Jane Fairfax.|Nie zasluguje na taka kare.
Moga ja ucieszyc te atencje,|bo innych nie otrzymuje.
- Otrzymuje. Od pana.|- Wszyscy wiedza, jak ja cenie.
Było:
Zatem ustaliły panie,|że mam się z nią ożenić?
Jest:
Zatem ustalily panie,|ze mam sie z nia ozenic?
Było:
Bo wtedy|nie odwiedzałby pan nas.
Jane to urocza|młoda dama.
Ale brak jej temperamentu,|jakiego pragnie się u żony.
Podziwiam ją,|ale nie myślę o niczym więcej.
Pan Weston wrócił.
Jest:
Bo wtedy|nie odwiedzalby pan nas.
Jane to urocza|mloda dama.
Ale brak jej temperamentu,|jakiego pragnie sie u zony.
Podziwiam ja,|ale nie mysle o niczym wiecej.
Pan Weston wrocil.
Było:
Skoro tak gorąco zapewnia,|że jej nie kocha -
na pewno ją kocha.
To miło, że zaprosiła pani|Jane Fairfax.
Zawstydził mnie pan.|Za mało się starałam.
Jest:
Skoro tak goraco zapewnia,|ze jej nie kocha -
na pewno ja kocha.
To milo, ze zaprosila pani|Jane Fairfax.
Zawstydzil mnie pan.|Za malo sie staralam.
Było:
Często mi jej brak.
l wątpię,|czy TO jest dobroć.
Jest:
Czesto mi jej brak.
l watpie,|czy TO jest dobroc.
Było:
a zupełnie|o siebie nie dbasz.
Jest:
a zupelnie|o siebie nie dbasz.
Było:
Pomóż nam.
Jane poszła dziś na pocztę -|mimo deszczu. Szkoda zdrowia!
Nieszczęsna dziewczyno!|Widać, że mnie przy tym nie było.
Jest:
Pomoz nam.
Jane poszla dzis na poczte -|mimo deszczu. Szkoda zdrowia!
Nieszczesna dziewczyno!|Widac, ze mnie przy tym nie bylo.
Było:
- No mów!|- Panna Fairfax wie, co robi.
Jest:
- No mow!|- Panna Fairfax wie, co robi.
Było:
- Proszę na siebie uważać.|- Dziękuję.
Jest:
- Prosze na siebie uwazac.|- Dziekuje.
Było:
Już sądziliśmy,|że pan nie przyjedzie.
Przepraszam państwa.
Jechało mi się wyjątkowo wolno.|Albo tak mi się zdawało.
Jest:
Juz sadzilismy,|ze pan nie przyjedzie.
Przepraszam panstwa.
Jechalo mi sie wyjatkowo wolno.|Albo tak mi sie zdawalo.
Było:
Pan E i ja musimy|jakoś go przywitać.
Z radością.
Zmieniło się tu, odkąd wyjechał.|Przybyłam ja, że tak powiem.
To inni nazywają mnie|"cennym nabytkiem".
Pan Churchill odkryje|pewne zmiany w sąsiedztwie.
Jest:
Pan E i ja musimy|jakos go przywitac.
Z radoscia.
Zmienilo sie tu, odkad wyjechal.|Przybylam ja, ze tak powiem.
To inni nazywaja mnie|"cennym nabytkiem".
Pan Churchill odkryje|pewne zmiany w sasiedztwie.
Było:
Nie kocham go.|Nie myślałam o nim,
odkąd wyjechał-póki Harriet|o nim nie wspomniała.
Jest:
Nie kocham go.|Nie myslalam o nim,
odkad wyjechal-poki Harriet|o nim nie wspomniala.
Było:
Ulżyłoby mi, gdyby Harriet|miała opiekuna.
Skojarzę ich na balu. Szczęściarz:|zamieni Emmę na Harriet.
Nie znam gorszej rozrywki|niż patrzenie, jak inni tańczą.
- Będzie pan musiał zatańczyć.|- Nie lubię.
- Wolałbym aportować patyk.|- Przyniosę go na bal.
Wolę być tutaj.
Jest:
Ulzyloby mi, gdyby Harriet|miala opiekuna.
Skojarze ich na balu. Szczesciarz:|zamieni Emme na Harriet.
Nie znam gorszej rozrywki|niz patrzenie, jak inni tancza.
- Bedzie pan musial zatanczyc.|- Nie lubie.
- Wolalbym aportowac patyk.|- Przyniose go na bal.
Wole byc tutaj.
Było:
Przyjechałam wcześniej,|żeby pomóc.
Są już wszyscy.|Organizują bal.
- Czeka pan na kogoś?|- Na panią Elton.
- Dlaczego?|- Dużo o niej słyszałem.
Przyjedzie z nią Jane Fairfax.|Wypytamy ją o pana Dixona.
Chyba że pani już się odważyła?|Czy to one? Przepraszam.
Fascynujące. Frank słyszał|o pani Elton i nadal chce ją poznać.
Dobry wieczór.
Zawsze mawiam, że nigdzie|nie ma tak miłych ludzi jak tu.
Nie odeszłyśmy od powozu|nawet na dwa kroki,
a już Frank Churchill rzucił się|pytać, czy nam trzeba pomocy.
Panie Churchill, właśnie|mówiłam, jaki pan jest uczynny.
Do śmierci nie zapomnę pańskiej|uprzejmości. Ani ja, ani mama.
Odkąd naprawił pan jej okulary,|są lepsze niż nowe.
Bardzo dziękujemy.
Sala wygląda jak kraina baśni.|Jane sama się uczesała. Ładnie?
Przyszli państwo Hughes.|Przywitam się z nimi.
Jest:
Przyjechalam wczesniej,|zeby pomoc.
Sa juz wszyscy.|Organizuja bal.
- Czeka pan na kogos?|- Na pania Elton.
- Dlaczego?|- Duzo o niej slyszalem.
Przyjedzie z nia Jane Fairfax.|Wypytamy ja o pana Dixona.
Chyba ze pani juz sie odwazyla?|Czy to one? Przepraszam.
Fascynujace. Frank slyszal|o pani Elton i nadal chce ja poznac.
Dobry wieczor.
Zawsze mawiam, ze nigdzie|nie ma tak milych ludzi jak tu.
Nie odeszlysmy od powozu|nawet na dwa kroki,
a juz Frank Churchill rzucil sie|pytac, czy nam trzeba pomocy.
Panie Churchill, wlasnie|mowilam, jaki pan jest uczynny.
Do smierci nie zapomne panskiej|uprzejmosci. Ani ja, ani mama.
Odkad naprawil pan jej okulary,|sa lepsze niz nowe.
Bardzo dziekujemy.
Sala wyglada jak kraina basni.|Jane sama sie uczesala. Ladnie?
Przyszli panstwo Hughes.|Przywitam sie z nimi.
Było:
- Nie tańczy pan?|- Chętnie, jeśli z panią.
Ja nie tańczę.|Znajdę panu lepszą partnerkę.
Jestem stary i żonaty.|Może być pani Gilbert.
Ona nie zamierza dziś tańczyć.|Ale pewna młoda dama powinna.
Jest:
- Nie tanczy pan?|- Chetnie, jesli z pania.
Ja nie tancze.|Znajde panu lepsza partnerke.
Jestem stary i zonaty.|Moze byc pani Gilbert.
Ona nie zamierza dzis tanczyc.|Ale pewna mloda dama powinna.
Było:
Nie zauważyłem jej.
Jest:
Nie zauwazylem jej.
Było:
Gdybym nie był stary i żonaty,|chętnie bym z nią zatańczył.
Ale te dni już minęły.
Gdy ją pan poprosił, byłam dumna,|że jest pan moim przyjacielem.
Eltonowie są straszni.|Obrażają nie tylko Harriet,
ale także panią.|Czemu?
Pani Elton nie ma chyba|powodów do niechęci?
Mów, stara przyjaciółko.
- Swatała go pani z Harriet.|- Oboje nie mogą mi wybaczyć.
Jak mogłam tak błądzić?|Mam prawie 22 lata.
Co z tego, skoro muszę|się jeszcze tyle nauczyć?
- Wie pani więcej, niż myśli.|- Miał pan rację co do pana Eltona.
Widział pan w nim małość,|a ja nie.
Ja za to przyznam, że pani mu|wybrała lepszą żonę niż on sam.
Jest:
Gdybym nie byl stary i zonaty,|chetnie bym z nia zatanczyl.
Ale te dni juz minely.
Gdy ja pan poprosil, bylam dumna,|ze jest pan moim przyjacielem.
Eltonowie sa straszni.|Obrazaja nie tylko Harriet,
ale takze pania.|Czemu?
Pani Elton nie ma chyba|powodow do niecheci?
Mow, stara przyjaciolko.
- Swatala go pani z Harriet.|- Oboje nie moga mi wybaczyc.
Jak moglam tak bladzic?|Mam prawie 22 lata.
Co z tego, skoro musze|sie jeszcze tyle nauczyc?
- Wie pani wiecej, niz mysli.|- Mial pan racje co do pana Eltona.
Widzial pan w nim malosc,|a ja nie.
Ja za to przyznam, ze pani mu|wybrala lepsza zone niz on sam.
Było:
Zaskoczyła mnie|nader miło.
- Ostatni taniec. Zacznie pani?|- Chętnie.
Z kim pani zatańczy?
Z panem,|jeśli mnie pan poprosi.
Jest pan dobrym tancerzem|i wypada nam tańczyć ze sobą.
- Nie jesteśmy rodzeństwem.|- Rodzeństwem? Nie.
Jest:
Zaskoczyla mnie|nader milo.
- Ostatni taniec. Zacznie pani?|- Chetnie.
Z kim pani zatanczy?
Z panem,|jesli mnie pan poprosi.
Jest pan dobrym tancerzem|i wypada nam tanczyc ze soba.
- Nie jestesmy rodzenstwem.|- Rodzenstwem? Nie.
Było:
- Bal był uroczy, prawda?|- Cudowny. Jak ze snu.
Nie bój się,|ale chodź szybciej.
- Mów o balu.|- Dobrze się...
Bierz torebkę!
Jazda stąd!
Jaki pan dzielny!|Uratował mnie pan.
P. Woodhouse się panią zajmie.|Ja muszę jechać do ojca.
Oczywiście.|Wielkie dzięki za pomoc.
Boże!
Co za dzień!
Tyle zachodu, żebym wreszcie|zrobiła, co powinnam.
Zdecydowałam się|co do pana Eltona.
Skończyłam z nim.
Nie zapomnę,|jak postąpił na balu.
W dowód szczerości zniszczę to,|co miałam cenić do śmierci.
Największe skarby|Harriet Smith
Pani wie, co to jest.|Zapomniała pani?
Pan Elton zaciął się w palec,|miałam go opatrzyć.
Ucięłam mu kawałek bandaża.|On bawił się resztą.
Zostawił to przy krześle - a ja,|głupia, zrobiłam z tego skarb.
- Droga Harriet...|- Głupota!
Ale to naprawdę do niego|należało.
Zostawił to tutaj,|a ja wzięłam.
Brałam to tak|i tuliłam.
Jest:
- Bal byl uroczy, prawda?|- Cudowny. Jak ze snu.
Nie boj sie,|ale chodz szybciej.
- Mow o balu.|- Dobrze sie...
Bierz torebke!
Jazda stad!
Jaki pan dzielny!|Uratowal mnie pan.
P. Woodhouse sie pania zajmie.|Ja musze jechac do ojca.
Oczywiscie.|Wielkie dzieki za pomoc.
Boze!
Co za dzien!
Tyle zachodu, zebym wreszcie|zrobila, co powinnam.
Zdecydowalam sie|co do pana Eltona.
Skonczylam z nim.
Nie zapomne,|jak postapil na balu.
W dowod szczerosci zniszcze to,|co mialam cenic do smierci.
Najwieksze skarby|Harriet Smith
Pani wie, co to jest.|Zapomniala pani?
Pan Elton zacial sie w palec,|mialam go opatrzyc.
Ucielam mu kawalek bandaza.|On bawil sie reszta.
Zostawil to przy krzesle - a ja,|glupia, zrobilam z tego skarb.
- Droga Harriet...|- Glupota!
Ale to naprawde do niego|nalezalo.
Zostawil to tutaj,|a ja wzielam.
Bralam to tak|i tulilam.
Było:
Chcę w pani obecności|pozbyć się tych rzeczy.
Spalić je.
To mądre i powinno|przynieść ci ulgę.
- Żegnam, panie Elton.|- Witam, panie Churchill.
Na swoim weselu|musisz podać truskawki.
- Nigdy nie wyjdę za mąż.|- Tak?
A myślałam,|że już masz kandydata.
- Oddał ci wielką przysługę.|- Co czułam, gdy mnie ratował!
Z dna rozpaczy|uniosłam się ku szczęściu.
Dobrze wybrałaś, ale nie folguj|uczuciom pierwsza.
Ostrzegam cię, bo już nigdy|nie będę się wtrącać.
Nie wymienię nawet jego|nazwiska. Ale masz dobry gust.
Wspaniała nowina.|Znalazłam dla ciebie stanowisko.
- U dobrej rodziny w Bath.|- Jestem zobowiązana,
ale nie chcę|opuścić Highbury.
Jako twoja protektorka -|protestuję.
Wszyscy się pewnie|ze mną zgodzą.
Bo jaki masz wybór?
Pyszne kanapki.|Jest pani świetną kucharką.
Nie chwaląc się, przyjaciele|mówią, że umiem robić kanapki.
- Jane...|- Może w coś zagramy?
Każdy powie pannie Woodhouse|coś zabawnego. Rzecz mądrą,
dwie niemądre, albo trzy nudne.|A panna Woodhouse
- ze wszystkiego się uśmieje.|- Nie uważam się za dowcipną.
Choć jestem bardzo żywa.
Takie rozrywki są dobre|na święta,
ale dziś szkoda pogody.
- Panno Woodhouse, przepraszam.|- Ja także.
Jestem stary, żonaty|i nie mam komplementów dla pani.
Jest:
Chce w pani obecnosci|pozbyc sie tych rzeczy.
Spalic je.
To madre i powinno|przyniesc ci ulge.
- Zegnam, panie Elton.|- Witam, panie Churchill.
Na swoim weselu|musisz podac truskawki.
- Nigdy nie wyjde za maz.|- Tak?
A myslalam,|ze juz masz kandydata.
- Oddal ci wielka przysluge.|- Co czulam, gdy mnie ratowal!
Z dna rozpaczy|unioslam sie ku szczesciu.
Dobrze wybralas, ale nie folguj|uczuciom pierwsza.
Ostrzegam cie, bo juz nigdy|nie bede sie wtracac.
Nie wymienie nawet jego|nazwiska. Ale masz dobry gust.
Wspaniala nowina.|Znalazlam dla ciebie stanowisko.
- U dobrej rodziny w Bath.|- Jestem zobowiazana,
ale nie chce|opuscic Highbury.
Jako twoja protektorka -|protestuje.
Wszyscy sie pewnie|ze mna zgodza.
Bo jaki masz wybor?
Pyszne kanapki.|Jest pani swietna kucharka.
Nie chwalac sie, przyjaciele|mowia, ze umiem robic kanapki.
- Jane...|- Moze w cos zagramy?
Kazdy powie pannie Woodhouse|cos zabawnego. Rzecz madra,
dwie niemadre, albo trzy nudne.|A panna Woodhouse
- ze wszystkiego sie usmieje.|- Nie uwazam sie za dowcipna.
Choc jestem bardzo zywa.
Takie rozrywki sa dobre|na swieta,
ale dzis szkoda pogody.
- Panno Woodhouse, przepraszam.|- Ja takze.
Jestem stary, zonaty|i nie mam komplementow dla pani.
Było:
Nie muszę się krępować.|Wolno powiedzieć trzy rzeczy nudne.
Mówię takie rzeczy,|gdy tylko otworzę usta.
- To może być trudne.|- Bez przerwy mówię nudziarstwa.
Ale musiałaby się pani|ograniczyć do trzech.
Oczywiście.
Jest:
Nie musze sie krepowac.|Wolno powiedziec trzy rzeczy nudne.
Mowie takie rzeczy,|gdy tylko otworze usta.
- To moze byc trudne.|- Bez przerwy mowie nudziarstwa.
Ale musialaby sie pani|ograniczyc do trzech.
Oczywiscie.
Było:
Będę trzymała język na wodzy.|Muszę być...
... nieznośna.
lnaczej Emma nie powiedziałaby|tego starej... przyjaciółce.
Jest:
Bede trzymala jezyk na wodzy.|Musze byc...
... nieznosna.
lnaczej Emma nie powiedzialaby|tego starej... przyjaciolce.
Było:
Zechce mi pani towarzyszyć
- przy zbieraniu truskawek?|- Dziękuję.
Z radością.
Jak pani mogła|być tak nieczuła?
Jest:
Zechce mi pani towarzyszyc
- przy zbieraniu truskawek?|- Dziekuje.
Z radoscia.
Jak pani mogla|byc tak nieczula?
Było:
Jak miałam się powstrzymać?|Zapewne nie pojęła mnie.
Zrozumiała każde słowo.|Ciągle o tym mówi.
Wychwala cierpliwość, z jaką|znosi pani jej towarzystwo!
Wiem, że jest bardzo poczciwa,|ale jest także bardzo śmieszna.
Gdyby była zamożna i równa pani,|nie krytykowałbym pani swobody.
Ale jest biedna. Biedniejsza|niż w chwili narodzin.
Na starość zubożeje|jeszcze bardziej.
Stoi niżej niż pani,|winna jej pani współczuć.
Jest:
Jak mialam sie powstrzymac?|Zapewne nie pojela mnie.
Zrozumiala kazde slowo.|Ciagle o tym mowi.
Wychwala cierpliwosc, z jaka|znosi pani jej towarzystwo!
Wiem, ze jest bardzo poczciwa,|ale jest takze bardzo smieszna.
Gdyby byla zamozna i rowna pani,|nie krytykowalbym pani swobody.
Ale jest biedna. Biedniejsza|niz w chwili narodzin.
Na starosc zubozeje|jeszcze bardziej.
Stoi nizej niz pani,|winna jej pani wspolczuc.
Było:
W dzieciństwie|szanowała ją pani,
Jest:
W dziecinstwie|szanowala ja pani,
Było:
Poniża ją pani i wyśmiewa.|A inni pójdą pani śladem.
Przykro mi to mówić.
Ale muszę mówić pani prawdę,|póki mi wolno.
Daję dowód przyjaźni,|udzielając szczerej rady.
Może kiedyś oceni to pani|lepiej niż dziś.
Dzień dobry.|Proszę wejść.
Chwileczkę.
Powiedz, że źle się czuję.
- ... pożegnać się.|- Pieszo?
- W tak zimną noc!|- Pewnie, że pieszo.
Jak się mają nasze przyjaciółki?|Była u pani i panny Bates.
Jest:
Poniza ja pani i wysmiewa.|A inni pojda pani sladem.
Przykro mi to mowic.
Ale musze mowic pani prawde,|poki mi wolno.
Daje dowod przyjazni,|udzielajac szczerej rady.
Moze kiedys oceni to pani|lepiej niz dzis.
Dzien dobry.|Prosze wejsc.
Chwileczke.
Powiedz, ze zle sie czuje.
- ... pozegnac sie.|- Pieszo?
- W tak zimna noc!|- Pewnie, ze pieszo.
Jak sie maja nasze przyjaciolki?|Byla u pani i panny Bates.
Było:
- To one okazywały mi dobroć.|- Nie pleć, córeczko.
- Tyle dla nich zrobiłaś...|- Ale nie byłam dobra.
Niektórzy wątpią,|czy w ogóle jestem dobra.
Prawdziwy przyjaciel nie wątpi,|lecz ma nadzieję.
Jest:
- To one okazywaly mi dobroc.|- Nie plec, coreczko.
- Tyle dla nich zrobilas...|- Ale nie bylam dobra.
Niektorzy watpia,|czy w ogole jestem dobra.
Prawdziwy przyjaciel nie watpi,|lecz ma nadzieje.
Było:
Jadę z wizytą|do Jana i lzabelli.
Żałuję, że nie zdążyliśmy...|porozmawiać.
Ja także.
Kiedy pan wróci?
Jest:
Jade z wizyta|do Jana i lzabelli.
Zaluje, ze nie zdazylismy...|porozmawiac.
Ja takze.
Kiedy pan wroci?
Było:
Muszę omówić z bratem|delikatną kwestię.
Jest:
Musze omowic z bratem|delikatna kwestie.
Było:
Ciotka Franka Churchilla|zmarła.
To zwiększa szanse Harriet.|Ciotka byłaby jej przeciwna.
Ja staram się pogodzić|z panną Bates.
Nie całkiem mi się to udało,|ale wróci przyjaźń między nami.
Z radością stwierdzam,
że gdyby pan Knightley...
Jest:
Ciotka Franka Churchilla|zmarla.
To zwieksza szanse Harriet.|Ciotka bylaby jej przeciwna.
Ja staram sie pogodzic|z panna Bates.
Nie calkiem mi sie to udalo,|ale wroci przyjazn miedzy nami.
Z radoscia stwierdzam,
ze gdyby pan Knightley...
Było:
... widział te wysiłki,|gdyby mógł zajrzeć w me serce,
nie mógłby mi|nic zarzucić.
Frank jest zaręczony.
- Nie do wiary! Tak szybko?|- Już od jakiegoś czasu.
Zaręczył się potajemnie|z Jane Fairfax.
Boże!|To nie może być prawda!
W październiku. Poznali się|przez przyjaciela, pana Dixona.
Trzymał to w tajemnicy|ze względu na ciotkę.
Bolejemy nad tym, mąż i ja,|bo wiemy, kogo to może zranić.
Nie mogę udawać, że nie rozumiem|pani. Ale ulżę pani, o ile mogę.
Swego czasu byłam|przywiązana do Franka,
ale na szczęście|nic już do niego nie czuję.
To była moja|główna troska.
Pragnęliśmy tego związku.|Wyobraź sobie, jak się czuliśmy.
Nie ma powodów do zmartwienia.|Ale jak on śmiał?
Był naprawdę okrutny.
Jest:
... widzial te wysilki,|gdyby mogl zajrzec w me serce,
nie moglby mi|nic zarzucic.
Frank jest zareczony.
- Nie do wiary! Tak szybko?|- Juz od jakiegos czasu.
Zareczyl sie potajemnie|z Jane Fairfax.
Boze!|To nie moze byc prawda!
W pazdzierniku. Poznali sie|przez przyjaciela, pana Dixona.
Trzymal to w tajemnicy|ze wzgledu na ciotke.
Bolejemy nad tym, maz i ja,|bo wiemy, kogo to moze zranic.
Nie moge udawac, ze nie rozumiem|pani. Ale ulze pani, o ile moge.
Swego czasu bylam|przywiazana do Franka,
ale na szczescie|nic juz do niego nie czuje.
To byla moja|glowna troska.
Pragnelismy tego zwiazku.|Wyobraz sobie, jak sie czulismy.
Nie ma powodow do zmartwienia.|Ale jak on smial?
Byl naprawde okrutny.
Było:
Ale on o tym nie wiedział.|To szczęśliwy traf.
To poczciwy chłopak,|choć mocno zbłądził.
Proszę, uspokój pana Westona.|Martwił się o ciebie, jak i ja.
Powiedz mu, że cieszysz się,|bo Frank znalazł stateczną pannę.
Czy stateczna panna|zaręczyłaby się z kimś,
kto udaje kawalera|i uwodzi dziewczęta?
Oto najszczęśliwszy|ojciec w Anglii!
Dziękuję.
Dziwaczna nowina. Pan Churchill|i panna Fairfax? Wiedziała pani?
Jak możesz tak myśleć?|Ostrzegłabym cię.
Mnie? Przed czym? Pani chyba|nie myśli, że kocham Franka?
Jest:
Ale on o tym nie wiedzial.|To szczesliwy traf.
To poczciwy chlopak,|choc mocno zbladzil.
Prosze, uspokoj pana Westona.|Martwil sie o ciebie, jak i ja.
Powiedz mu, ze cieszysz sie,|bo Frank znalazl stateczna panne.
Czy stateczna panna|zareczylaby sie z kims,
kto udaje kawalera|i uwodzi dziewczeta?
Oto najszczesliwszy|ojciec w Anglii!
Dziekuje.
Dziwaczna nowina. Pan Churchill|i panna Fairfax? Wiedziala pani?
Jak mozesz tak myslec?|Ostrzeglabym cie.
Mnie? Przed czym? Pani chyba|nie mysli, ze kocham Franka?
Było:
- Mówiłaś, że kochasz.|- Ale kogo?
Mam za dobry gust,|żeby wybrać pana Franka.
Nie marzyłabym o nim,|gdyby nie pani pochwały.
- Myślałam, że...|- Mówiła pani,
- że mam dobry gust.|- Mówiłam wtedy o...
Nie śmiałabym marzyć...
Błagam...
Musimy coś wyjaśnić.
Czy to możliwe,|żebyś mówiła...
Jest:
- Mowilas, ze kochasz.|- Ale kogo?
Mam za dobry gust,|zeby wybrac pana Franka.
Nie marzylabym o nim,|gdyby nie pani pochwaly.
- Myslalam, ze...|- Mowila pani,
- ze mam dobry gust.|- Mowilam wtedy o...
Nie smialabym marzyc...
Blagam...
Musimy cos wyjasnic.
Czy to mozliwe,|zebys mowila...
Było:
Mówiłaś o tym, jak Frank|uratował cię przed Cyganami.
- Nieprawda.|- Pamiętam doskonale.
Mówiłam o tym, jak pan Knightley|poprosił mnie do tańca.
Wtedy zobaczyłam,|co to za człowiek.
Straszna omyłka.|Co robić?
A coś trzeba robić?
Myśli pani, że on mnie przerasta|bardziej niż pan Churchill.
Jest:
Mowilas o tym, jak Frank|uratowal cie przed Cyganami.
- Nieprawda.|- Pamietam doskonale.
Mowilam o tym, jak pan Knightley|poprosil mnie do tanca.
Wtedy zobaczylam,|co to za czlowiek.
Straszna omylka.|Co robic?
A cos trzeba robic?
Mysli pani, ze on mnie przerasta|bardziej niz pan Churchill.
Było:
Tak.|Muszę wyznać, że tak.
Miałam kierować się|jego postępowaniem.
Nie wolno mi|mieć nadziei?
Mogę tylko powiedzieć,|że pan Knightley
jest ostatnim mężczyzną,|który stwarzałby pozory,
że czuje do kobiety więcej,|niż naprawdę czuje.
- To tragiczne!|- To, że Harriet wybrała
mężczyznę,|którego tak podziwiasz?
Spytałam siebie,|czemu mnie to przygnębiło.
Myślałam, że go podziwiam,|ale nie.
Jest:
Tak.|Musze wyznac, ze tak.
Mialam kierowac sie|jego postepowaniem.
Nie wolno mi|miec nadziei?
Moge tylko powiedziec,|ze pan Knightley
jest ostatnim mezczyzna,|ktory stwarzalby pozory,
ze czuje do kobiety wiecej,|niz naprawde czuje.
- To tragiczne!|- To, ze Harriet wybrala
mezczyzne,|ktorego tak podziwiasz?
Spytalam siebie,|czemu mnie to przygnebilo.
Myslalam, ze go podziwiam,|ale nie.
Było:
Czule i namiętnie.
Po pani i ojcu, to jego zdanie|jest dla mnie najważniejsze.
Zrozumiałam to|po wyznaniu Harriet.
Przeraziłam się, że go stracę.|Nikt nie może go poślubić...
Jest:
Czule i namietnie.
Po pani i ojcu, to jego zdanie|jest dla mnie najwazniejsze.
Zrozumialam to|po wyznaniu Harriet.
Przerazilam sie, ze go strace.|Nikt nie moze go poslubic...
Było:
Ale już za późno.|Nim wyjechał, rzekł:
Muszę omówić z bratem|delikatną kwestię.
Oby brat doradził mu ostrożność!|Może jej rodzice byli piratami?
Bardzo lubię Harriet -|i przypominam ci, że ty też.
Ale jej uczucia o niczym|nie świadczą.
Czekajmy na powrót|pana Knightleya.
Wyglądam go, a zarazem się boję.|Nie będę wiedziała, co zrobić.
- Obserwuj go i rób to, co on.|- Ojej!
Jeśli będzie szczęśliwy,|to dlatego że poślubi Harriet -
a ja nie zniosę, by mi to rzekł.|Nie mogłabym tego słuchać.
Może być też smutny - bo Jan|odradzi mu ślub. Kocham Jana!
Może się bać rzec,|że żeni się z moją przyjaciółką.
Jak Jan mógł na to pozwolić?|Nienawidzę go!
Nic nie zrobimy do jego powrotu.|Spróbuj o nim nie myśleć.
Oczywiście. Straciłam serce,|ale nie panowanie nad sobą.
Drogi dzienniczku, dziś|usiłowałam nie myśleć o nim.
Nie myśleć o nim,
gdy rozmawiałam|z kucharką.
Jest:
Ale juz za pozno.|Nim wyjechal, rzekl:
Musze omowic z bratem|delikatna kwestie.
Oby brat doradzil mu ostroznosc!|Moze jej rodzice byli piratami?
Bardzo lubie Harriet -|i przypominam ci, ze ty tez.
Ale jej uczucia o niczym|nie swiadcza.
Czekajmy na powrot|pana Knightleya.
Wygladam go, a zarazem sie boje.|Nie bede wiedziala, co zrobic.
- Obserwuj go i rob to, co on.|- Ojej!
Jesli bedzie szczesliwy,|to dlatego ze poslubi Harriet -
a ja nie zniose, by mi to rzekl.|Nie moglabym tego sluchac.
Moze byc tez smutny - bo Jan|odradzi mu slub. Kocham Jana!
Moze sie bac rzec,|ze zeni sie z moja przyjaciolka.
Jak Jan mogl na to pozwolic?|Nienawidze go!
Nic nie zrobimy do jego powrotu.|Sprobuj o nim nie myslec.
Oczywiscie. Stracilam serce,|ale nie panowanie nad soba.
Drogi dzienniczku, dzis|usilowalam nie myslec o nim.
Nie myslec o nim,
gdy rozmawialam|z kucharka.
Było:
On lubi jagnię.
Wogrodzie, gdzie wróżyłam|ze stokrotek, czy kocha Harriet.
Nie powinniśmy sadzić stokrotek.|Są pospolite.
Nie myśleć o nim|wieczorem.
Coś trzeba było zrobić.
Dobry Boże...
Niech nie dzieli życia ze mną,|ale czy musi dzielić je z kimś?
Niech wszystko zostanie,|jak było. Niech nas odwiedza,
rozjaśnia nam życie|jako miły członek rodziny.
Nie narzekałabym,|gdyby pozostał kawalerem.
Gdyby tak było,|byłabym zupełnie zadowolona.
Prawie zupełnie.
Jest:
On lubi jagnie.
Wogrodzie, gdzie wrozylam|ze stokrotek, czy kocha Harriet.
Nie powinnismy sadzic stokrotek.|Sa pospolite.
Nie myslec o nim|wieczorem.
Cos trzeba bylo zrobic.
Dobry Boze...
Niech nie dzieli zycia ze mna,|ale czy musi dzielic je z kims?
Niech wszystko zostanie,|jak bylo. Niech nas odwiedza,
rozjasnia nam zycie|jako mily czlonek rodziny.
Nie narzekalabym,|gdyby pozostal kawalerem.
Gdyby tak bylo,|bylabym zupelnie zadowolona.
Prawie zupelnie.
Było:
- Zamyśliłem się.|- Jak pan się miewa?
Szczęśliwy?
Jak zwykle,|gdy panią widzę.
- Nie wiedziałam, że pan wrócił.|- Przed chwilą.
Przed chwilą.
- ldę do domu.|- Stamtąd wracam.
- Mogę się przyłączyć?|- Proszę.
Jest:
- Zamyslilem sie.|- Jak pan sie miewa?
Szczesliwy?
Jak zwykle,|gdy pania widze.
- Nie wiedzialam, ze pan wrocil.|- Przed chwila.
Przed chwila.
- lde do domu.|- Stamtad wracam.
- Moge sie przylaczyc?|- Prosze.
Było:
Mówiłam do siebie.|O oleju do gulaszu.
- Muszę o coś zapytać.|- Zaraz!
Jest:
Mowilam do siebie.|O oleju do gulaszu.
- Musze o cos zapytac.|- Zaraz!
Było:
- Jakiego rodzaju?|- Wspaniałe. Na temat ślubu...
Jest:
- Jakiego rodzaju?|- Wspaniale. Na temat slubu...
Było:
Pan Weston|pisał mi o tym.
- Nie jest pan zaskoczony?|- Cóż...
Ja zawsze jestem ślepa.
Jest:
Pan Weston|pisal mi o tym.
- Nie jest pan zaskoczony?|- Coz...
Ja zawsze jestem slepa.
Było:
To musiał być dla pani|srogi zawód.
Łotr!
Bardzo pan miły.
Ale ja wcześnie zauważyłam,|że brak mu uczciwości
i innych cnót, które cenię|u przyjaciół.
Naprawdę?
Narzucał mi się,|ale nie zranił mnie.
Dostał, czego pragnął,|wyłącznie cudzym kosztem.
To wstrętne.
A jednak jest coś,|czego mu zazdroszczę.
Widział pan nową śluzę?
Nie pyta pani,|czego mu zazdroszczę?
Może i mądrze.
Jest:
To musial byc dla pani|srogi zawod.
Lotr!
Bardzo pan mily.
Ale ja wczesnie zauwazylam,|ze brak mu uczciwosci
i innych cnot, ktore cenie|u przyjaciol.
Naprawde?
Narzucal mi sie,|ale nie zranil mnie.
Dostal, czego pragnal,|wylacznie cudzym kosztem.
To wstretne.
A jednak jest cos,|czego mu zazdroszcze.
Widzial pan nowa sluze?
Nie pyta pani,|czego mu zazdroszcze?
Moze i madrze.
Było:
Nie mogę być mądry.
Muszę mówić, choć może|za chwilę będę tego żałował.
Proszę nie mówić tego,|co może zranić nas oboje.
Jest:
Nie moge byc madry.
Musze mowic, choc moze|za chwile bede tego zalowal.
Prosze nie mowic tego,|co moze zranic nas oboje.
Było:
Żegnam.
Przerwałam panu|nieuprzejmie.
Jeśli chce pan ze mną pomówić|o czymkolwiek - nie odmówię.
Jako stara przyjaciółka|wysłucham wszystkiego.
Pani chce, by nasza przyjaźń|nie zmieniła się.
- Ja chcę czego innego.|- Dlaczego?
Błądziłam, wiem, ale ostatnio|próbowałam się zmienić.
- Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?|- Nie nazwę pani przyjaciółką...
... bo mam nadzieję|nazywać panią czulej.
Czemu nie lubiłem|Franka Churchilla?
Bo wiedziałem,|że swatają go z panią.
Gdy obraziła pani pannę Bates,|uznałem, że to pod jego wpływem.
l nie mogłem|na to patrzeć.
Zatem uciekłem.
Ale nie tam, gdzie należało.
Na ogół dobrze mi u brata,|ale widok pani siostry
ciągle mi panią przypominał.
To była dotkliwa tortura.
Nadzieja wróciła na wieść|o zaręczynach Franka.
Popędziłem z powrotem,
ciekaw pani uczuć.
Żeby być przy pani.
Jechałem w deszczu...
Zniósłbym i więcej,|gdyby powiedziała mi pani,
że mam szanse|panią zdobyć.
Nie odzywałam się,|bo bałam się obudzić z tego snu.
To nie może być prawda.
Tyle razy błądziłam, tyle mam wad.|Nie zasługuję na pana.
Jest:
Zegnam.
Przerwalam panu|nieuprzejmie.
Jesli chce pan ze mna pomowic|o czymkolwiek - nie odmowie.
Jako stara przyjaciolka|wyslucham wszystkiego.
Pani chce, by nasza przyjazn|nie zmienila sie.
- Ja chce czego innego.|- Dlaczego?
Bladzilam, wiem, ale ostatnio|probowalam sie zmienic.
- Jestesmy przyjaciolmi, prawda?|- Nie nazwe pani przyjaciolka...
... bo mam nadzieje|nazywac pania czulej.
Czemu nie lubilem|Franka Churchilla?
Bo wiedzialem,|ze swataja go z pania.
Gdy obrazila pani panne Bates,|uznalem, ze to pod jego wplywem.
l nie moglem|na to patrzec.
Zatem ucieklem.
Ale nie tam, gdzie nalezalo.
Na ogol dobrze mi u brata,|ale widok pani siostry
ciagle mi pania przypominal.
To byla dotkliwa tortura.
Nadzieja wrocila na wiesc|o zareczynach Franka.
Popedzilem z powrotem,
ciekaw pani uczuc.
Zeby byc przy pani.
Jechalem w deszczu...
Znioslbym i wiecej,|gdyby powiedziala mi pani,
ze mam szanse|pania zdobyc.
Nie odzywalam sie,|bo balam sie obudzic z tego snu.
To nie moze byc prawda.
Tyle razy bladzilam, tyle mam wad.|Nie zasluguje na pana.
Było:
Poniżałem panią, pouczałem,|a pani znosiła to jak nikt inny.
Może to dzięki niedoskonałościom|stanowimy doskonałą parę.
Poślub mnie.
Poślub mnie,|moja cudowna przyjaciółko.
- Chodźmy do twego ojca.|- Ojej!
- Nie mogę wyjść za mąż.|- Czemu?
Jest:
Ponizalem pania, pouczalem,|a pani znosila to jak nikt inny.
Moze to dzieki niedoskonalosciom|stanowimy doskonala pare.
Poslub mnie.
Poslub mnie,|moja cudowna przyjaciolko.
- Chodzmy do twego ojca.|- Ojej!
- Nie moge wyjsc za maz.|- Czemu?
Było:
Ojciec nie może mnie stracić,|nawet dla pana. Nie opuszczę go.
Nie będziesz szczęśliwa|jego kosztem.
Jeśli musisz dla niego|zostać w Hartfield -
ja też tu zamieszkam.
Dziękuję.
Dziękuję.
Nie będę już mówić|"panie Knightley"
tylko "mój panie Knightley".
Jest:
Ojciec nie moze mnie stracic,|nawet dla pana. Nie opuszcze go.
Nie bedziesz szczesliwa|jego kosztem.
Jesli musisz dla niego|zostac w Hartfield -
ja tez tu zamieszkam.
Dziekuje.
Dziekuje.
Nie bede juz mowic|"panie Knightley"
tylko "moj panie Knightley".