o Zestawienie różnic w tekstach o ID:
33391 (jako 'było') z ID:
88533 (jako 'jest').
Było:
Synchronizacja do wersji Silverado.1985.PROPER.DVDRip.XviD-SAPHiRE|iBi
Jest:
Było:
Dwa konie uciekły,| ale srokacz został.
- Czego chcieli?| - Nie mam pojęcia.
- Obraziłeś kogoś ostatnio?| - Nie przez ostatnie pięć lat.
- Jefferson City?| - Nie, Leavenworth.
Jest:
Dwa konie uciekły,|ale srokacz został.
- Czego chcieli?|- Nie mam pojęcia.
- Obraziłeś kogoś ostatnio?|- Nie przez ostatnie pięć lat.
- Jefferson City?|- Nie, Leavenworth.
Było:
- Tak ni stąd, ni zowąd wyskoczyli?| - I tak musiałem wstać.
Nie wtrącam się w cudze sprawy ...
Napatoczyło się czterech kowboi| i zdecydowaliśmy się połączyć.
Uważam, że lepiej traktować życie,| jakby każdy był przyjacielem.
Nagle, na tej patelni, wszyscy| wyciągają pistolety oprócz mnie.
- Chyba spodobał im się mój koń.| - Nie tylko koń.
Jest:
- Tak ni stad, ni zowąd wyskoczyli?|- I tak musiałem wstać.
Nie wtrącam się w cudze sprawy...
Napatoczyło się czterech kowboi|i zdecydowaliśmy się połączyć.
Uważam, że lepiej traktować życie,|jakby każdy był przyjacielem.
Nagle, na tej patelni, wszyscy|wyciągają pistolety oprócz mnie.
- Chyba spodobał im się mój koń.|- Nie tylko koń.
Było:
Reszta mnie nie obchodzi,| ale będę tęsknić za gniadoszem.
Jest:
Reszta mnie nie obchodzi,|ale będę tęsknić za gniadoszem.
Było:
Śmiali się,| kiedy mnie zostawiali.
Wydawało im się to| bardzo zabawne.
Przez chwilę szedłem pieszo,| ale nie było mowy.
Jest:
Śmiali się,|kiedy mnie zostawiali.
Wydawało im się to|bardzo zabawne.
Przez chwilę szedłem pieszo,|ale nie było mowy.
Było:
Tamci chłopcy zmierzali na południe.| To nie ci, co wyskoczyli na mnie.
- Gdzie się wybierasz?| - Gdzie się srokacz wybiera?
Jest:
Tamci chłopcy zmierzali na południe.|To nie ci, co wyskoczyli na mnie.
- Gdzie się wybierasz?|- Gdzie się srokacz wybiera?
Było:
- Obsługuję tę panią.| - Wezmę ten.
Ten kosztuje $20.
- Ile za pożyczenie?| - Pistolety są na sprzedaż.
Jest:
- Obsługuję tę panią.|- Wezmę ten.
Ten kosztuje 20 dolców.
- Ile za pożyczenie?|- Pistolety są na sprzedaż.
Było:
To on, sierżancie. Twierdzi,| że zwierzę zostało skradzione.
- Skąd mam wiedzieć, że to twój koń?| - Nie widzisz, że mnie kocha?
Miałem pannę, co mi tak robiła,| nie została przez to moją żoną.
Na spodzie siodła| jest wydrapane moje imię.
- I jakie to niby imię?| - Paden.
Jest:
To on, sierżancie. Twierdzi,|że zwierzę zostało skradzione.
- Skąd mam wiedzieć, że to twój koń?|- Nie widzisz, że mnie kocha?
Miałem pannę, co mi tak robiła,|nie została przez to moja żoną.
Na spodzie siodła|jest wydrapane moje imię.
- I jakie to niby imię?|- Żaden.
Było:
- Witaj, Cobb.| - Witaj, Paden. Jak się masz?
- Znasz go, Cobb?| - Pewnie, że znam.
Jest:
- Witaj, Cobb.|- Witaj, Paden. Jak się masz?
- Znasz go, Cobb?|- Pewnie, że znam.
Było:
Dobra. Rozejść się.| Zabierzcie stąd dzieci.
Ty ... włóż coś na siebie.
- Nieźle ci się beze mnie powodzi.| - Minęło trochę czasu.
Jest:
Dobra. Rozejść się.|Zabierzcie stąd dzieci.
Ty... Włóż coś na siebie.
- Nieźle ci się beze mnie powodzi.|- Minęło trochę czasu.
Było:
- Jestem w stanie ją spłacić.| - Porozmawiajmy o tym.
Jest:
- Jestem w stanie ja spłacić.|- Porozmawiajmy o tym.
Było:
- Rzuciłem to.| - Ja też.
Mam teraz legalne zajęcie.| Przydałby mi się ktoś taki jak ty.
- Masz legalne zajęcie?| - Tak. Nie uwierzyłbyś.
Jest:
- Rzuciłem to.|- Ja też.
Mam teraz legalne zajęcie.|Przydałby mi się ktoś taki jak ty.
- Masz legalne zajęcie?|- Tak. Nie uwierzyłbyś.
Było:
Myślę, że w końcu znalazłem| swoje miejsce na świecie.
Cieszy mnie to, Cobb ...
... ale myślę, że ja dalej| będę szukał swojego.
Jest:
Myślę, że w końcu znalazłem|swoje miejsce na świecie.
Cieszy mnie to, Cobb...
... ale myślę, że ja dalej|będę szukał swojego.
Było:
Zaprosiłem Padena, żeby się do nas| przyłączył, ale nic z tego.
Jest:
Zaprosiłem Padena, żeby się do nas|przyłączył, ale nic z tego.
Było:
Jesteś mi winien $1 3.
1 3. To pech.
Widzę, co ci się podoba.| Jest pioruńsko ładna.
I rozumna. Jedyne, co straciłem| i na czym mi naprawdę zależało.
No, może oprócz mojego kapelusza.| Taki czarny, ze srebrną obręczą.
Przez trzy lata przyswajał się| do mojej głowy.
- Bardzo za nim tęsknię.| - Muszę już ruszać.
- Jedziesz do Turley, prawda?| - Tak, muszę się tam zatrzymać.
Mam się spotkać z jednym facetem| i razem jedziemy do Silverado.
- Jak jest w Turley?| - Jak to w mieście.
- Mają bar?| - Tak przypuszczam.
- Kobiety?| - Tak przypuszczam.
Baxter, Hawley, spóźniliście się,| a to zły początek.
Moi ludzie palą się,| żeby wyruszyć.
Rzeczywiście to zły początek, bo ja| to nie Baxter, a to żaden Hawley.
- Nie nazywasz się Baxter?| - Mam na imię Emmett.
- Ja nie jestem Hawley.| - To nie Baxter i Hawley.
- Gdzież oni są, do diabła?| - Tutaj, ty stary dudku.
- Kogo nazywasz dudkiem?| - Spokojnie, panie Hobart.
- Norm Baxter, to jest Tom Hawley.| - Spóźniliście się, chłopcy.
Znaczy, że szybciej musimy was| dostarczyć do Silverado.
Pamiętasz mój list. Połowa teraz| i połowa, jak dojedziemy na miejsce.
Jest:
Jesteś mi winien 13 dolców.
13. To pech.
Widzę, co ci się podoba.|Jest pioruńsko ładna.
I rozumna. Jedyne, co straciłem|i na czym mi naprawdę zależało.
No, może oprócz mojego kapelusza.|Taki czarny, ze srebrną obręczą.
Przez trzy lata przyswajał się|do mojej głowy.
- Bardzo za nim tęsknię.|- Muszę już ruszać.
- Jedziesz do Turley, prawda?|- Tak, muszę się tam zatrzymać.
Mam się spotkać z jednym facetem|i razem jedziemy do Silverado.
- Jak jest w Turley?|- Jak to w mieście.
- Mają bar?|- Tak przypuszczam.
- Kobiety?|- Tak przypuszczam.
Baxter, Hawley, spóźniliście się,|a to zły początek.
Moi ludzie palą sie,|żeby wyruszyć.
Rzeczywiście to zły początek, bo ja|to nie Baxter, a to żaden Hawley.
- Nie nazywasz się Baxter?|- Mam na imię Emmett.
- Ja nie jestem Hawley.|- To nie Baxter i Hawley.
- Gdzież oni są, do diabła?|- Tutaj, ty stary dudku.
- Kogo nazywasz dudkiem?|- Spokojnie, panie Hobart.
- Norm Baxter, to jest Tom Hawley.|- Spóźniliście się, chłopcy.
Znaczy, że szybciej musimy was|dostarczyć do Silverado.
Pamiętasz mój list. Połowa teraz|i połowa, jak dojedziemy na miejsce.
Było:
- Dziękujemy.| - Nie chcecie przeliczyć?
Jest:
- Dziękujemy.|- Nie chcecie przeliczyć?
Było:
Ustawmy ten wóz| na drogę do Silverado.
Jest:
Ustawmy ten wóz|na drogę do Silverado.
Było:
Nie piłem whisky ani nie spałem| w łóżku przez ostatnie dziesięć dni.
Jest:
Nie piłem whisky ani nie spałem|w łóżku przez ostatnie dziesięć dni.
Było:
Nie piłem whisky ani nie spałem| w łóżku przez ostatnie dziesięć dni.
- I tu też tego nie zrobisz.| - Przykro mi to słyszeć.
- To nie fair.| - Z której strony?
Jest:
Nie piłem whisky ani nie spałem|w łóżku przez ostatnie dziesięć dni.
- I tu też tego nie zrobisz.|- Przykro mi to słyszeć.
- To nie fair.|- Z której strony?
Było:
Ten czarnuch demoluje mi bar,| Szeryfie Langston.
- Nie lubię tego słowa, Carter.| - Wie pan, że ich nie obsługujemy.
Poprosiłem go, żeby wyszedł,| i się na nas rzucił.
- Czy to prawda?| - Obawiam się, że nie.
- To tamci goście zaczęli.| - To twoi znajomi?
Chciałem się napić i wyspać.| Trafiłem do niewłaściwego miejsca.
Trafiłeś do niewłaściwego miasta.| Nie toleruję tu takich rzeczy.
Jest:
Ten czarnuch demoluje mi bar,|szeryfie Langston.
- Nie lubię tego słowa, Carter.|- Wie pan, że ich nie obsługujemy.
Poprosiłem go, żeby wyszedł,|i się na nas rzucił.
- Czy to prawda?|- Obawiam się, że nie.
- To tamci goście zaczęli.|- To twoi znajomi?
Chciałem się napić i wyspać.|Trafiłem do niewłaściwego miejsca.
Trafiłeś do niewłaściwego miasta.|Nie toleruję tu takich rzeczy.
Było:
- puszczę cię bez płacenia za| szkody, ale masz się wynieść. Już.
- Macie inny bar w mieście?| - Chcę, żebyś się wyniósł z miasta.
Jest:
- puszczę cię bez płacenia za|szkody, ale masz się wynieść. Już.
- Macie inny bar w mieście?|- Chcę, żebyś się wyniósł z miasta.
Było:
- To nie w porządku.| - Ja decyduję, co w porządku. Dalej.
Jest:
- To nie w porządku.|- Ja decyduję, co w porządku. Dalej.
Było:
- Porozmawiajmy o was, koledzy.| - My raczej byśmy zostali.
Zobaczymy.| Szeryf John Langston.
- Nie pochodzę z tych stron.| - Żartuje pan.
Dobrzy mieszkańcy Turley polegają| na mnie, żeby zachować spokój.
Dlatego zawsze pytam obcych,| jaki tu mają interes.
Jest:
- Porozmawiajmy o was, koledzy.|- My raczej byśmy zostali.
Zobaczymy.|Szeryf John Langston.
- Nie pochodzę z tych stron.|- Żartuje pan.
Dobrzy mieszkańcy Turley polegają|na mnie, żeby zachować spokój.
Dlatego zawsze pytam obcych,|jaki tu mają interes.
Było:
Mam się tu z kimś spotkać, ale| nie udało mi się go jeszcze znaleźć.
Jeśli kogoś szukasz,| spytaj mnie.
Młody gość, gdzieś mojego wzrostu.| Nosi wymyślny pas na dwa pistolety.
Jest:
Mam się tu z kimś spotkać, ale|nie udało mi się go jeszcze znaleźć.
Jeśli kogoś szukasz,|spytaj mnie.
Młody gość, gdzieś mojego wzrostu.|Nosi wymyślny pas na dwa pistolety.
Było:
Niech się wszyscy zachowają,| jak należy.
Jest:
Niech się wszyscy zachowują,|jak należy.
Było:
- Siemasz, Jake.| - Cieszę się, że cię widzę.
Jest:
- Siemasz, Jake.|- Cieszę się, że cię widzę.
Było:
- O co tu chodzi?| - Ty mi powiedz. To szalone miasto.
Jest:
- O co tu chodzi?|- Ty mi powiedz. To szalone miasto.
Było:
- Pocałowałem tylko dziewczynę.| - Dlatego jesteś w więzieniu?
Pocałowałem dziewczynę| i to nie spodobało się temu facetowi.
Wymieniliśmy kilka zdań,| więc postanowiłem stamtąd wyjść.
Więc wyszedłem. Znasz mnie.| Nie mieszam się w kłopoty.
Wyszedłem na drogę, a koleś| próbował mi strzelić w plecy.
- Musiałeś go zabić?| - Nie, postrzeliłem go.
Siedzisz tu za postrzelenie| jakiegoś faceta?
Nie, niezupełnie. Jego znajomy| otworzył na mnie ogień.
- Jaki znajomy?| - Ten, który nie żyje.
Jest:
- Pocałowałem tylko dziewczynę.|- Dlatego jesteś w wiezieniu?
Pocałowałem dziewczynę|i to nie spodobało się temu facetowi.
Wymieniliśmy kilka zdań,|więc postanowiłem stamtąd wyjść.
Wiec wyszedłem. Znasz mnie.|Nie mieszam się w kłopoty.
Wyszedłem na drogę, a koleś|próbował mi strzelić w plecy.
- Musiałeś go zabić?|- Nie, postrzeliłem go.
Siedzisz tu za postrzelenie|jakiegoś faceta?
Nie, niezupełnie. Jego znajomy|otworzył na mnie ogień.
- Jaki znajomy?|- Ten, który nie żyje.
Było:
Jak Boga kocham,| by mnie zabił.
Jest:
Jak Boga kocham,|by mnie zabił.
Było:
- To jego macie wieszać?| - Jutro o 1 0 rano.
- Emmett, możesz mi jakoś pomóc?| - Znasz prawo, Jake.
Ślepy Pete zawsze mawiał,| że cię powieszą.
- O świcie sprawdzą się jego słowa.| - O dziesiątej.
No tak. Zawsze myślałem,| że to się robi o świcie.
Jest:
- To jego macie wieszać?|- Jutro o 10 rano.
- Emmett, możesz mi jakoś pomóc?|- Znasz prawo, Jake.
Ślepy Pete zawsze mawiał,|że cię powieszą.
- O świcie sprawdzą się jego słowa.|- O dziesiątej.
No tak. Zawsze myślałem,|że to się robi o świcie.
Było:
Nienawidzę widoku człowieka| na pętli. To przynosi pecha.
Mój pech.| Muszę go stamtąd wyrwać.
Ja w to nie się nie mieszam.
Miałem trochę doświadczenia| w tego typu sprawach.
- I nie chcę więcej.| - Rozumiem.
- To nie będzie łatwe.| - Nigdy nie jest, ale ...
To mój brat.| Jedziemy razem do Kaliforni.
Mamy się zatrzymać w Silverado,| i zobaczyć z naszą siostrą.
- Nie mogę się bez niego pokazać.| - Więc tu się rozstajemy.
- Przykro mi.| - Bez urazy.
Jest:
Nienawidzę widoku człowieka|na pętli. To przynosi pecha.
Mój pech.|Muszę go stamtąd wyrwać.
Ja w to się nie mieszam.
Miałem trochę doświadczenia|w tego typu sprawach.
- I nie chcę więcej.|- Rozumiem.
- To nie będzie łatwe.|- Nigdy nie jest, ale...
To mój brat.|Jedziemy razem do Kalifornii.
Mamy się zatrzymać w Silverado,|i zobaczyć z naszą siostrą.
- Nie mogę się bez niego pokazać.|- Wiec tu się rozstajemy.
- Przykro mi.|- Bez urazy.
Było:
- Nie masz pieniędzy.| - Więc ty mi postawisz drinka.
Nie ma na świecie nic lepszego,| niż porządny, cuchnący bar.
Jest:
- Nie masz pieniędzy.|- Więc ty mi postawisz drinka.
Nie ma na świecie nic lepszego,|niż porządny, cuchnący bar.
Było:
Nie wiem,| o czym ty mówisz.
Mam nadzieję, że nie dotykasz mojego| Colta z kości słoniowej.
Jeśli wstaniesz bardzo wolno, może| uda ci się przeżyć dzisiejszą noc.
Jest:
Nie wiem,|o czym ty mówisz.
Mam nadzieję, że nie dotykasz mojego|Colta z kości słoniowej.
Jeśli wstaniesz bardzo wolno, może|uda ci się przeżyć dzisiejszą noc.
Było:
To znaczy, że nie jedziesz| z Emmettem i ze mną?
- Możliwe, że wcale nie pojedziesz.| - Wyjeżdżamy o świcie.
Nie mam powodu, żeby uciekać.| To była uczciwa walka.
- Ze mną było tak samo.| - Tamten facet wyciągnął pierwszy.
Jest:
To znaczy, że nie jedziesz|z Emmettem i ze mną?
- Możliwe, że wcale nie pojedziesz.|- Wyjeżdżamy o świcie.
Nie mam powodu, żeby uciekać.|To była uczciwa walka.
- Ze mną było tak samo.|- Tamten facet wyciągnął pierwszy.
Było:
- Szeryfie, szybko!| - Zasuń drzwi, nikogo nie wpuszczaj.
Jest:
- Szeryfie, szybko!|- Zasuń drzwi, nikogo nie wpuszczaj.
Było:
- Dobra, gdzie on jest?| - Wyszedł.
Jest:
- Dobra, gdzie on jest?|- Wyszedł.
Było:
Dobra mały, wychodź.| Wiem, że tam jesteś.
Jest:
Dobra mały, wychodź.|Wiem, że tam jesteś.
Było:
- Co teraz?| - Czekamy, chodź.
Jest:
- Co teraz?|- Czekamy, chodź.
Było:
- To oni strzelają?| - Nie, to od strony skał.
- Chodźmy, w nic nie trafia.| - Trafia, we wszystko, w co celuje.
Są w naszej jurysdykcji, dopóki| nie przekroczą Płaskiego Szczytu.
Dziś moja jurysdykcja kończy się| tutaj. Podnieś mój kapelusz.
Jest:
- To oni strzelają?|- Nie, to od strony skał.
- Chodźmy, w nic nie trafia.|- Trafia, we wszystko, w co celuję.
Są w naszej jurysdykcji, dopóki|nie przekroczą Płaskiego Szczytu.
Dziś moja jurysdykcja kończy się|tutaj. Podnieś mój kapelusz.
Było:
- To wasz znajomy?| - Teraz tak.
- Kto to?| - Facet, którego wykurzyli z miasta.
Jest:
- To wasz znajomy?|- Teraz tak.
- Kto to?|- Facet, którego wykurzyli z miasta.
Było:
Baxter i Hawley zabili Eba| i ukradli skrzynkę z pieniędzmi.
- Ścigamy ich.| - Zapomnij o pieniądzach.
Musisz zabrać stąd tych ludzi.| To zła okolica.
- Złe miejsce dla kobiet i dzieci.| - Wody nie ma na trzy dni stąd.
Nie możemy pojechać do Silverado| bez pieniędzy. To nasz cały udział.
- Jak długo już ich nie ma?| - Około godziny.
Jest:
Baxter i Hawley zabili Eba|i ukradli skrzynkę z pieniędzmi.
- Ścigamy ich.|- Zapomnij o pieniądzach.
Musisz zabrać stąd tych ludzi.|To zła okolica.
- Złe miejsce dla kobiet i dzieci.|- Wody nie ma na trzy dni stad.
Nie możemy pojechać do Silverado|bez pieniędzy. To nasz cały udział.
- Jak długo już ich nie ma?|- Około godziny.
Było:
Jake, ty znasz drogę do Silverado.| Ja z nimi pojadę.
Wy zostańcie ze swoimi rodzinami.| Trzymajcie oczy otwarte.
Nawet jeśli wam się uda odzyskać| pieniądze, skąd wiemy, że wrócicie?
Jak nie wrócimy,| możecie zatrzymać mojego brata.
- Ufam panu.| - Ufałeś Baxterowi.
Jest:
Jake, ty znasz drogę do Silverado.|Ja z nimi pojadę.
Wy zostańcie ze swoimi rodzinami.|Trzymajcie oczy otwarte.
Nawet jeśli wam się uda odzyskać|pieniądze, skąd wiemy, że wrócicie?
Jak nie wrócimy,|możecie zatrzymać mojego brata.
- Ufam panu.|- Ufałeś Baxterowi.
Było:
Gdybym ja miał taką ładną damę,| trzymałbym się blisko niej.
To nie twój interes.| Ruszajmy.
Masz rację.| Może lepiej tu z nią zostanę.
Jest:
Gdybym ja miał taką ładną damę trzymałbym się blisko niej.
To nie twój interes.|Ruszajmy.
Masz rację.|Może lepiej tu z nią zostanę.
Było:
- Naprawdę ci się tym razem udało.| - Dzięki. Tom też zrobił swoje.
Jest:
- Naprawdę ci się tym razem udało.|- Dzięki. Tom też zrobił swoje.
Było:
- Mam go zabić?| - Nie robiłbym tego.
Przyda wam się każdy jeden pistolet,| jak wpadnie tu pościg.
Ja i mój partner obrabowaliśmy| bank w Turley.
Jest:
- Mam go zabić?|- Nie robiłbym tego.
Przyda wam się każdy jeden pistolet,|jak wpadnie tu pościg.
Ja i mój partner obrabowaliśmy|bank w Turley.
Było:
Jesteś Dawson, tak?| Tex La Rue.
Andy Sims powiedział mi o tym| miejscu. Nie masz nic przeciwko, co?
Ściągasz pościg do mojej kryjówki| i pytasz, czy mam coś przeciwko?
Panie, nic mi te imiona nie mówią.| Zaraz zginiesz.
Spytaj się tych dwóch tutaj.| Widzieli mnie i kumpla w Turley.
Widziałem ich, ale nie wiem| o żadnym banku.
Jeśli obrobiliście bank w Turley,| to gdzie forsa?
- Na waszym miejscu bym się zniżył.| - Nie ma forsy?
Jest w torbach przy siodle.| Teraz po nie nie wyjdę.
Przestańcie strzelać,| dopóki czegoś nie zobaczycie.
Jak ich zaatakujemy,| nie będą mieć szans. Kryj mnie!
Jest:
Jesteś Dawson, tak?|Tex La Rue.
Andy Sims powiedział mi o tym|miejscu. Nie masz nic przeciwko, co?
Ściągasz pościg do mojej kryjówki|i pytasz, czy mam coś przeciwko?
Panie, nic mi te imiona nie mówią.|Zaraz zginiesz.
Spytaj się tych dwóch tutaj.|Widzieli mnie i kumpla w Turley.
Widziałem ich, ale nie wiem|o żadnym banku.
Jeśli obrobiliście bank w Turley,|to gdzie forsa?
- Na waszym miejscu bym się zniżył.|- Nie ma forsy?
Jest w torbach przy siodle.|Teraz po nie nie wyjdę.
Przestańcie strzelać,|dopóki czegoś nie zobaczycie.
Jak ich zaatakujemy,|nie będą mieć szans. Kryj mnie!
Było:
Myślę, że jest ich tylko kilku,| a ten dupek to jeden z nich.
Brać go. Nie pozwólcie mu| zabrać koni.
Ale miałeś pomysł.| Następnym razem ty idziesz.
Jest:
Myślę, że jest ich tylko kilku,|a ten dupek to jeden z nich.
Brać go. Nie pozwólcie mu|zabrać koni.
Ale miałeś pomysł.|Następnym razem ty idziesz.
Było:
Musisz się jeszcze dużo nauczyć| o ludziach.
Mieszkają na wschód od Silverado.| Dobrze się urządzili.
Mama do mnie napisała,| że potrzebna im moja pomoc.
Jest:
Musisz się jeszcze dużo nauczyć|o ludziach.
Mieszkają na wschód od Silverado.|Dobrze się urządzili.
Mama do mnie napisała,|że potrzebna im moja pomoc.
Było:
List doszedł akurat| w odpowiednim czasie.
- Gdzie byłeś?| - W Chicago.
- Pracowałem w rzeźniach.| - Byłeś w Chicago?
- Było cudownie?| - Nie.
Jest:
List doszedł akurat|w odpowiednim czasie.
- Gdzie byłeś?|- W Chicago.
- Pracowałem w rzeźniach.|- Byłeś w Chicago?
- Było cudownie?|- Nie.
Było:
Rozglądałem się ...| Wiecie, chciałem zajrzeć tu i tam.
Jezu, Paden!| Jej stary jeszcze nawet nie wystygł.
Jest:
Rozglądałem się...|Wiecie, chciałem zajrzeć tu i tam.
Jezu, Paden!|Jej stary jeszcze nawet nie wystygł.
Było:
To tu, panowie. Mama pisała,| żeby się kierować na ten wrąb.
- Powodzenia, Mal.| - Może się gdzieś tu spotkamy.
Jest:
To tu, panowie. Mama pisała,|żeby się kierować na ten wrąb.
- Powodzenia, Mal.|- Może się gdzieś tu spotkamy.
Było:
- Na razie, Mal.| - Do widzenia.
Jest:
- Na razie, Mal.|- Do widzenia.
Było:
Rzucę okiem na tę ziemię,| zanim przyjadę do Silverado.
Sprawdzę, czy jest warta| tak ciężkiej podróży.
- Do zobaczenia gdzieś w okolicy.| - Do zobaczenia. Jake, jedziemy.
- Do zobaczenia w Silverado, Paden.| - Do zobaczenia.
Państwo Parkerowie zgodzili się| dołączyć swoją część do mojej.
Moja zaczyna się tutaj.| Zawsze tego chciałam.
- Ładna ziemia, prawda?| - I ładna pani.
Jest:
Rzucę okiem na tę ziemię,|zanim przyjadę do Silverado.
Sprawdzę, czy jest warta|tak ciężkiej podróży.
- Do zobaczenia gdzieś w okolicy.|- Do zobaczenia. Jake, jedziemy.
- Do zobaczenia w Silverado, Paden.|- Do zobaczenia.
Państwo Parkerowie zgodzili się|dołączyć swoją cześć do mojej.
Moja zaczyna się tutaj.|Zawsze tego chciałam.
- Ładna ziemia, prawda?|- I ładna pani.
Było:
Może to i prawda. Niektórym kobietom| trudniej w to uwierzyć.
- Uwierz.| - Mężczyzn to do mnie przyciąga.
- Ale nie na długo.| - Dlaczego?
Jest:
Może to i prawda. Niektórym kobietom|trudniej w to uwierzyć.
- Uwierz.|- Mężczyzn to do mnie przyciąga.
- Ale nie na długo.|- Dlaczego?
Było:
- A co to takiego?| - Chcę coś zbudować.
Coś posadzić, żeby rosło.| To całe życie ciężkiej pracy.
Nie po to mężczyzna przychodzi| do ładnej kobiety.
Za jakiś czas nie będę taka ładna,| ale ta ziemia będzie.
Kate ...
Jest:
- A co to takiego?|- Chcę coś zbudować.
Coś posadzić, żeby rosło.|To całe życie ciężkiej pracy.
Nie po to mężczyzna przychodzi|do ładnej kobiety.
Za jakiś czas nie będę taka ładna,|ale ta ziemia będzie.
Kate...
Było:
- Pamiętasz nas?| - Tak.
Jest:
- Pamiętasz nas?|- Tak.
Było:
Zobaczyłem światło.| Pomyślałem, że Rae wróciła.
Jest:
Zobaczyłem światło.|Pomyślałem, że Rae wróciła.
Było:
- Mama?| - Długo chorowała.
Była chora, kiedy do ciebie pisała,| ale nic nie powiedziała.
Nigdy nie myślałem, że wrócisz,| a ona tak.
- Gdzie Rae?| - W mieście.
Jest:
- Mama?|- Długo chorowała.
Była chora, kiedy do ciebie pisała,|ale nic nie powiedziała.
Nigdy nie myślałem, że wrócisz,|a ona tak.
- Gdzie Rae?|- W mieście.
Było:
- Co się stało?| - Napadli mnie.
Spalili wszystko| i zrobili to, żebym nie mógł ...
- Jak w Georgii.| - Jesteś właścicielem tej ziemi.
Zapłaciłem za nią rządowi.| Ale to tutaj nic nie znaczy.
Malachi, żyję tu jak dziki kot,| w jaskini w tych wzgórzach.
Ukrywając się. Bojąc się chodzić| po własnej ziemi.
- A prawo?| - Tutaj prawo pomiata ludźmi.
Jest:
- Co się stało?|- Napadli mnie.
Spalili wszystko|i zrobili to, żebym nie mógł...
- Jak w Georgii.|- Jesteś właścicielem tej ziemi.
Zapłaciłem za nią rządowi.|Ale to tutaj nic nie znaczy.
Malachi, żyje tu jak dziki kot,|w jaskini w tych wzgórzach.
Ukrywając się. Bojąc się chodzić|po własnej ziemi.
- A prawo?|- Tutaj prawo pomiata ludźmi.
Było:
Sytuacja nie jest najlepsza.| Rolnicy jeszcze ją pogorszą.
Jeśli zaczną rościć sobie| swoje prawa, będą kłopoty.
- McKendricka odetną.| - Człowiek umarłby tu z pragnienia.
Wszyscy powinniście pojechać| do Kaliforni z Jake'm i ze mną.
Nic złego nie ma w tej ziemi,| może tylko w niektórych ludziach.
Emmett, zabiłeś nie tego| McKendricka, co trzeba.
Uważaj, co mówisz przy Augiem.| Emmett nikogo nie zabił.
Jest:
Sytuacja nie jest najlepsza.|Rolnicy jeszcze ją pogorszą.
Jeśli zaczną rościć sobie|swoje prawa, będą kłopoty.
- McKendricka odetną.|- Człowiek umarłby tu z pragnienia.
Wszyscy powinniście pojechać|do Kalifornii z Jakiem i ze mną.
Nic złego nie ma w tej ziemi,|może tylko w niektórych ludziach.
Emmett, zabiłeś nie tego|McKendricka, co trzeba.
Uważaj, co mówisz przy Augiem.|Emmett nikogo nie zabił.
Było:
Ale chyba musisz przyznać,| że zabiłem starego Murdo.
Syn jest gorszy. Zrobi wszystko,| żeby upilnować swojej ziemi.
Boję się, co zrobi, jak się dowie,| że wy chłopcy wróciliście.
Jest:
Ale chyba musisz przyznać,|że zabiłem starego Murdo.
Syn jest gorszy. Zrobi wszystko,|żeby upilnować swojej ziemi.
Boję się, co zrobi, jak się dowie,|że wy chłopcy wróciliście.
Było:
Siedziałem pięć lat, na które nie| zasłużyłem. Powinien być zadowolony.
Jest:
Siedziałem pięć lat, na które nie|zasłużyłem. Powinien być zadowolony.
Było:
- Kto tam z tobą jest, Ezra?| - To mój syn. Wrócił do domu.
Jest:
- Kto tam z tobą jest, Ezra?|- To mój syn. Wrócił do domu.
Było:
Obawiam się, że wkroczyliście| na teren McKendricka.
- To nasza ziemia.| - Pan McKendrick ją kupił.
Jest:
Obawiam się, że wkroczyliście|na teren McKendricka.
- To nasza ziemia.|- Pan McKendrick ja kupił.
Było:
Jutro pojedziemy do miasta| to wyjaśnić.
Kiedy wrócimy, lepiej| żeby nie było tu tego bydła.
Jak pojutrze znajdę jakieś bydło| na naszej ziemi, -
- to pokroję je na steki.| A ma tym się dobrze znam.
W tych stronach wiesza się| za zabijanie bydła.
Jak byśmy was teraz zastrzelili,| nie przekroczylibyśmy nawet prawa.
Wiesz, co może zrobić z tą strzelbą| ktoś, kto umie się nią posługiwać?
Jest:
Jutro pojedziemy do miasta|to wyjaśnić.
Kiedy wrócimy, lepiej|żeby nie było tu tego bydła.
Jak pojutrze znajdę jakieś bydło|na naszej ziemi, -
- to pokroję je na steki.|A na tym się dobrze znam.
W tych stronach wiesza się|za zabijanie bydła.
Jak byśmy was teraz zastrzelili,|nie przekroczylibyśmy nawet prawa.
Wiesz, co może zrobić z tą strzelbą|ktoś, kto umie się nią posługiwać?
Było:
- Pracuje tu pani?| - Prowadzę to miejsce.
- Co mogę podać?| - Burbon.
- Zmyślne.| - Świat jest taki, jak go stworzysz.
- Jak nie pasuje, trzeba przerobić.| - Wypiję za to.
- Przyłączy się pani, panno ...| - Stella.
Jest:
- Pracuje tu pani?|- Prowadzę to miejsce.
- Co mogę podać?|- Burbon.
- Zmyślne.|- Świat jest taki, jak go stworzysz.
- Jak nie pasuje, trzeba przerobić.|- Wypiję za to.
- Przyłączy się pani, panno...|- Stella.
Było:
Stella, to ty jesteś| ta gwiazda północna?
Zawsze tam jestem,| ale świecę tylko w nocy.
Wyrazy uszanowania.| To dopiero nazywam barem.
Jest:
Stella, to ty jesteś|tą gwiazdą północną?
Zawsze tam jestem,|ale świecę tylko w nocy.
Wyrazy uszanowania.|To dopiero nazywam barem.
Było:
- Lubisz porządny bar?| - Jedynie tam jestem szczęśliwy.
Jest:
- Lubisz porządny bar?|- Jedynie tam jestem szczęśliwy.
Było:
Nie potrzebowałabyś tu pomocy| przy hazardzie?
Widzisz tego faceta?| To Kelly, tak zwany partner.
- On się zajmuje tymi sprawami.| - Tak zwany?
Oprócz tego, że to kłamliwy oszust,| sama bym go wybrała.
Nie jestem właścicielką. Utkwiłam| z Kellym przez faceta, który jest.
- Kto jest właścicielem?| - Właśnie idzie.
Jest:
Nie potrzebowałabyś tu pomocy|przy hazardzie?
Widzisz tego faceta?|To Kelly, tak zwany partner.
- On się zajmuje tymi sprawami.|- Tak zwany?
Oprócz tego, że to kłamliwy oszust,|sama bym go wybrała.
Nie jestem właścicielką. Utkwiłam|z Kellym przez faceta, który jest.
- Kto jest właścicielem?|- Właśnie idzie.
Było:
Spójrz tylko. Dwoje moich ulubionych| ludzi rozmawia ze sobą.
Stella, to jest jeden z moich| najstarszych przyjaciół.
- Dobrze go traktuj.| - Taki miałam zamiar.
Wy dwoje świetnie się dogadacie.| Hej, Kelly, chodź tutaj.
Przyjechałeś taki kawał drogi tylko| po to, żeby mi oddać pieniądze?
Jest:
Spójrz tylko. Dwoje moich ulubionych|ludzi rozmawia ze sobą.
Stella, to jest jeden z moich|najstarszych przyjaciół.
- Dobrze go traktuj.|- Taki miałam zamiar.
Wy dwoje świetnie się dogadacie.|Hej, Kelly, chodź tutaj.
Przyjechałeś taki kawał drogi tylko|po to, żeby mi oddać pieniądze?
Było:
Daj facetowi kredyt.| I tak już nam wisi 1 3 dolców.
- Masz się gdzie zatrzymać?| - Dopiero co przyjechałem.
- Może w tym pokoju z tyłu?| - Teraz nie można z niego korzystać.
- Co cię sprowadza do mego lokalu?| - Pewnie szczęście.
Miałem nadzieję, że może zmieniłeś| zdanie, co do roboty.
Nie mówiłeś mi,| że masz lokal.
Jest:
Daj facetowi kredyt.|I tak już nam wisi 13 dolców.
- Masz się gdzie zatrzymać?|- Dopiero co przyjechałem.
- Może w tym pokoju z tyłu?|- Teraz nikt z niego nie korzysta.
- Co cię sprowadza do mojego lokalu?|- Pewnie szczęście.
Miałem nadzieję, że może zmieniłeś|zdanie, co do roboty.
Nie mówiłeś mi,|że masz lokal.
Było:
Mamy rozkaz,| żeby was stąd wykurzyć.
Jest:
Mamy rozkaz,|żeby was stad wykurzyć.
Było:
Powiedz nam, gdzie syn.| Nie będzie żadnej strzelaniny.
- Kłamiesz Hoyt, jak zawsze.| - Nie, mam rozkaz.
- Syn jest w drodze do miasta.| - To niedobrze.
Będziesz musiał odejść| w samotności.
Jest:
Powiedz nam, gdzie syn.|Nie będzie żadnej strzelaniny.
- Kłamiesz Hoyt, jak zawsze.|- Nie, mam rozkaz.
- Syn jest w drodze do miasta.|- To niedobrze.
Będziesz musiał odejść|w samotności.
Było:
Ale jej pomysł na życie| jest dość ciężki.
Nie stanę ci na drodze,| jak ją zechcesz odwiedzić.
Jadę do Kaliforni z Jake'm.
Cobb, poznaj Emmetta.| To mój przyjaciel. Szeryf Cobb.
- Miło cię poznać, Szeryfie.| - Cała przyjemność po mojej stronie.
Jest:
Ale jej pomysł na życie|jest dość ciężki.
Nie stanę ci na drodze,|jak ją zechcesz odwiedzić.
Jadę do Kalifornii z Jakiem.
Cobb, poznaj Emmetta.|To mój przyjaciel. Szeryf Cobb.
- Miło cię poznać, Szeryfie.|- Cała przyjemność po mojej stronie.
Było:
To ty zabiłeś| starego Murdo McKendricka.
Miał zamiar strzelić| mojemu bratu w plecy.
Jest:
To ty zabiłeś|starego Murdo McKendricka.
Miał zamiar strzelić|mojemu bratu w plecy.
Było:
- Chciałeś mnie widzieć?| - Zrobimy małą przeróbkę.
Oferuję twoją pracę Padenowi.| On nie jest zachłannym typem.
Stella i ja mamy już dość ,| że doisz nasze zyski.
- O czym ty mówisz?| - Skończyłem mówić. Wynoś się.
- Nie możesz tego zrobić.| - Tak myślisz?
- Paden, chcesz tę pracę?| - Jesteś wyrozumiałym szefem.
Nic takiego nie zdarzyłoby się| między nami.
- Może powinniśmy spytać Stellę?| - Będzie to przyjemność.
Jest:
- Chciałeś mnie widzieć?|- Zrobimy mała przeróbkę.
Oferuję twoją pracę Padenowi.|On nie jest zachłannym typem.
Stella i ja mamy już dość ,|że doisz nasze zyski.
- O czym ty mówisz?|- Skończyłem mówić. Wynoś się.
- Nie możesz tego zrobić.|- Tak myślisz?
- Paden, chcesz tę pracę?|- Jesteś wyrozumiałym szefem.
Nic takiego nie zdarzyłoby się|między nami.
- Może powinniśmy spytać Stellę?|- Będzie to przyjemność.
Było:
Jestem hazardzistą. Chciałbym| prowadzić grę w twoim mieście.
Z kim mogę o tym pomówić?| Mam nadzieję, że nie z nim.
Jest:
Jestem hazardzistą. Chciałbym|prowadzić grę w twoim mieście.
Z kim mogę o tym pomówić?|Mam nadzieję, że nie z nim.
Było:
Lepiej poszukam kogoś,| żeby posprzątał ten bałagan.
Jest:
Lepiej poszukam kogoś,|żeby posprzątał ten bałagan.
Było:
Mówiłem ci, żebyś ćwiczył| na koniu, który się nie rusza.
- Gdzie idziesz?| - Mam sprawy do załatwienia.
- Idę z tobą.| - To sprawy dla dorosłego mężczyzny.
Kto tu jest dorosłym mężczyzną?
Jest:
Mówiłem ci, żebyś ćwiczył|na koniu, który się nie rusza.
- Gdzie idziesz?|- Mam sprawy do załatwienia.
- Idę z tobą.|- To sprawy dla dorosłego mężczyzny.
Kto tu jest dorosłym meżczyzną?
Było:
Czego tu chcesz? Myślałam,| że skończyłeś z naszą rodziną.
Jest:
Czego tu chcesz? Myślałam,|że skończyłeś z naszą rodziną.
Było:
- Został zamordowany.| - Kto to zrobił?
Nie jestem pewien,| ale jak się dowiem, zapłacą za to.
Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowali?| Teraz jest za późno, Mal.
W końcu się pojawiasz i jedyne,| co masz w głowie, to dać się zabić.
- Wszystko w porządku, Rae?| - Tak, w porządku.
- Przedstaw mnie swemu znajomemu.| - Kiedyś był moim bratem.
Calvin Sandhope, ale matka| nazywała mnie Spryciarz.
Jest:
- Został zamordowany.|- Kto to zrobił?
Nie jestem pewien,|ale jak się dowiem, zapłacą za to.
Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowali?|Teraz jest za późno, Mal.
W końcu się pojawiasz i jedyne,|co masz w głowie, to dać się zabić.
- Wszystko w porządku, Rae?|- Tak, w porządku.
- Przedstaw mnie swemu znajomemu.|- Kiedyś był moim bratem.
Calvin Sandhope, ale matka|nazywała mnie Spryciarz.
Było:
- Co ty tu robisz?| - Nie twoja sprawa.
Rae, mamy tylko siebie.
Jest:
- Co ty tu robisz?|- Nie twoja sprawa.
Rae, mamy tylko siębie.
Było:
Nie spodziewałam się,| że cię tu dzisiaj zobaczę.
- Przyszedłem się pożegnać.| - Pożegnać?
Jake i ja niedługo ruszamy| do Kaliforni.
Przyjechałeś tu tylko po to,| żeby mi powiedzieć, że wyjeżdżasz?
Mogłeś po prostu odejść.| Nigdy się już nie spotkamy.
- Dlatego tu jestem.| - Dlaczego?
Jest:
Nie spodziewałam się,|że cię tu dzisiaj zobaczę.
- Przyszedłem się pożegnać.|- Pożegnać?
Jake i ja niedługo ruszamy|do Kalifornii.
Przyjechałeś tu tylko po to,|żeby mi powiedzieć, że wyjeżdżasz?
Mogłeś po prostu odejść.|Nigdy się już nie spotkamy.
- Dlatego tu jestem.|- Dlaczego?
Było:
Może myślałeś,| że kiedyś wrócisz.
Jest:
Może myślałeś,|że kiedyś wrócisz.
Było:
- To mają być równe proporcje?| - Ratuję przez to życia.
Czysta pomarszczyłaby| skórę na butach.
Chciałem powiedzieć,| że wyglądało mi to na dużo whisky.
- Co to?| - To jest ta dobra rzecz.
Jest:
- To maja być równe proporcje?|- Ratuje przez to życie.
Czysta pomarszczyłaby|skórę na butach.
Chciałem powiedzieć,|że wyglądało mi to na dużo whisky.
- Co to?|- To jest ta dobra rzecz.
Było:
- Za to dobre.| - Niech trwa jak najdłużej.
Jest:
- Za to dobre.|- Niech trwa jak najdłużej.
Było:
Dama nie musi się tłumaczyć| przed takim brzydkim facetem.
- W czym problem?| - Nie wtrącaj się.
- Nie może. Cobb go wynajął.| -To błąd Cobba.
Jest:
Dama nie musi się tłumaczyć|przed takim brzydkim facetem.
- W czym problem?|- Nie wtrącaj się.
- Nie może. Cobb go wynajał.|-To błąd Cobba.
Było:
- Jake, idź do domu.| - Pocałowałem tylko dziewczynę.
To samo powiedziałeś w Turley.| Pamiętasz?
Boisz się, że nie załatwiłbym| tych dwóch z tyłu?
Nie chcę, żebyś kogokolwiek| załatwiał w moim lokalu.
Jest:
- Jake, idź do domu.|- Pocałowałem tylko dziewczynę.
To samo powiedziałeś w Turley.|Pamiętasz?
Boisz się, że nie załatwiłbym|tych dwóch z tyłu?
Nie chcę, żebyś kogokolwiek|załatwiał w moim lokalu.
Było:
- Powinienem cię zabić dawno temu.| - Czemu nie teraz?
Straciłam jednego partnera. Jak go| zabijesz, nikogo tu nie znajdę.
Jest:
- Powinienem cię zabić dawno temu.|- Czemu nie taraz?
Straciłam jednego partnera. Jak go|zabijesz, nikogo tu nie znajdę.
Było:
Przepraszam ...| Stój!
- Skąd masz tego konia?| - Należy do mojego wujka.
- W czym problem, Swan?| - Tak, w czym problem?
- Emmett.| - McKendrick.
- Nie wiedziałem, że wyszedłeś.| - Wydaje ci się krótko?
Jeśli o mnie chodzi, Emmett,| to sprawa jest zakończona.
- To dobrze.| - Dobra, jedziemy.
Nie poznajesz tego srokacza?| To koń Lee.
- Zamknij się, Swan.| - Zaczekaj.
Jest:
Przepraszam ...|Stój!
- Skąd masz tego konia?|- Należy do mojego wujka.
- W czym problem, Swan?|- Tak, w czym problem?
- Emmett.|- McKendrick.
- Nie wiedziałem, że wyszedłeś.|- Wydaje ci się krótko?
Jeśli o mnie chodzi, Emmett,|to sprawa jest zakończona.
- To dobrze.|- Dobra, jedziemy.
Nie poznajesz tego srokacza?|To koń Lee.
- Zamknij się, Swan.|- Zaczekaj.
Było:
Człowiek, który stracił tego konia,| musiał pracować dla ciebie.
- Zmieniłeś znak, Ethan.| - Dużo się zmieniło od śmierci ojca.
- Musi być całkiem dobry.| - Za dobry dla moich ludzi.
- Ty musisz się tym zająć.| - A co z bratem?
Jest:
Człowiek, który stracił tego konia,|musiał pracować dla ciebie.
- Zmieniłeś znak, Ethan.|- Dużo się zmieniło od śmierci ojca.
- Musi być całkiem dobry.|- Za dobry dla moich ludzi.
- Ty musisz się tym zająć.|- A co z bratem?
Było:
Robi się bałagan. Słyszałem,| że Ezra Johnson został zabity.
- Też tak słyszałem.| - A że jego syn jest w mieście?
Wygląda na to, że w końcu| zapracujesz na tę forsę.
Jest:
Robi się bałagan. Słyszałem,|że Ezra Johnson został zabity.
- Też tak słyszałem.|- A że jego syn jest w mieście?
Wygląda na to, że w końcu|zapracujesz na tę forsę.
Było:
Mówi, że mu na niczym nie zależy,| ale mu zależy.
Siema, panie Spryciarz.| Opowiem wam o Padenie.
Ja, on, Tyree i kilku innych| trzymaliśmy kiedyś razem.
Jest:
Mówi, że mu na niczym nie zależy,|ale mu zależy.
siema, panie Spryciarz.|Opowiem wam o Padenie.
Ja, on, Tyree i kilku innych|trzymaliśmy kiedyś razem.
Było:
Sporo jeździliśmy tam i tu.| Trzeba, wykonując taką pracę.
Gdzieś po drodze przypałętał się do| nas pies. Wszędzie za nami chodził.
Pewnego razu wyjeżdżaliśmy z miasta| w Mizuri w lekkim pośpiechu.
W jakiś dziwny sposób pies| wplątał się pod nogi konia Tyreego.
Jest:
Sporo jeździliśmy tam i tu.|Trzeba, wykonując taką pracę.
Gdzieś po drodze przypałętał się do|nas pies. Wszędzie za nami chodził.
Pewnego razu wyjeżdżaliśmy z miasta|w Mizuri w lekkim pośpiechu.
W jakiś dziwny sposób pies|wplątał się pod nogi konia Tyreego.
Było:
I jak to Tyree, strzelił w psa.| Ale go nie zabił.
Nagle Paden szedł z konia| i trzyma tego psa na rękach.
Mówi, żebyśmy jechali bez niego.| Na początku myślałem, że żartuje.
Tyree był gotów załatwić ich obu.| To wszystko z pościgiem za plecami.
Myślałem, że byliśmy kumplami,| po tym długim czasie razem.
Nagle bardziej mu zależy| na jakimś kundlu.
Zrobiliśmy, o co prosił| i zostawiliśmy go.
Jest:
I jak to Tyree, strzelił w psa.|Ale go nie zabił.
Nagle Paden zszedł z konia|i trzyma tego psa na rękach.
Mówi, żebyśmy jechali bez niego.|Na początku myślałem, że żartuje.
Tyree był gotów załatwić ich obu.|To wszystko z pościgiem za plecami.
Myślałem, że byliśmy kumplami,|po tym długim czasie razem.
Nagle bardziej mu zależy|na jakimś kundlu.
Zrobiliśmy, o co prosił|i zostawiliśmy go.
Było:
Wiecie, co z tego najśmieszniejsze?| Paden nawet nie lubił tego psa.
Na końcu się wyrównało.| Zamknęli mnie ...
Jest:
Wiecie, co z tego najśmieszniejsze?|Paden nawet nie lubił tego psa.
Na końcu się wyrównało.|Zamknęli mnie ...
Było:
- Gdzie ten pies jest teraz?| - Opuścił mnie.
Jest:
- Gdzie ten pies jest teraz?|- Opuścił mnie.
Było:
Odliczyłem $1 3.
- To dużo pieniędzy.| - Mówiłem ci, że to słodki układ.
- No i jest.| - Mógłbyś to prowadzić bez Stelli?
To jej całe życie. Odejdę,| zanim ona to zrobi.
- Spokojnie, to tylko pomysł.| - Dzięki, ale nie ma mowy.
Jest:
Odliczyłem 13 dolców.
- To dużo pieniędzy.|- Mówiłem ci, że to słodki układ.
- No i jest.|- Mógłbyś to prowadzić bez Stelli?
To jej całe życie. Odejdę,|zanim ona to zrobi.
- Spokojnie, to tylko pomysł.|- Dzięki, ale nie ma mowy.
Było:
Chcę, żebyś zrozumiał,| że to nie ma nic wspólnego z nami.
- Czego ode mnie chcesz?| - Niczego.
Jest:
Chcę, żebyś zrozumiał,|że to nie ma nic wspólnego z nami.
- Czego ode mnie chcesz?|- Niczego.
Było:
- Wierzę w nierobienie niczego.| - Więc się rozumiemy.
Jest:
- Wierzę w nierobienie niczego.|- Więc się rozumiemy.
Było:
Ostatnim miejscem, gdzie chcę się| znaleźć, to między Emmettem a tobą.
Nic już panu nie zostało.
- Jeszcze nie jesteś pan martwy?| - Cobb mówił, że ciężko go zabić.
Nie słyszałeś, że nadjeżdżamy.| Tak się zajął trenowaniem ...
- Przegapił całą sprawę.| - No to żegnaj.
Nie chcę cię zabić,| a ty nie chcesz umrzeć.
- Nie może być aż tak dobry.| - Chcesz sprawdzić?
Zróbmy, jak mówi.
- Jak się czujesz?| - Byłoby gorzej, gdyby nie ty.
Jest:
Ostatnim miejscem, gdzie chcę się|znaleźć, to między Emmettem a tobą.
- Jak się czujesz?|- Byłoby gorzej, gdyby nie ty.
Było:
Jake mi powiedział, gdzie jesteś.| Spotkałem go w mieście.
Mówił, że zabraliście pewną strzelbę| jednemu z ludzi McKendricka.
- Chciałem ją zobaczyć.| - To ta.
Należała do mojego ojca. Człowiek,| który go zabił zabrał ją.
Jest:
Jake mi powiedział, gdzie jesteś.|Spotkałem go w mieście.
Mówił, że zabraliście pewną strzelbę|jednemu z ludzi McKendricka.
- Chciałem ją zobaczyć.|- To ta.
Należała do mojego ojca. Człowiek,|który go zabił zabrał ją.
Było:
Muszę się dostać do mojego brata.| Też go będą chcieli dorwać.
Jest:
Muszę się dostać do mojego brata.|Też go bedą chcieli dorwać.
Było:
Teraz i ty w tym siedzisz,| a zrobi się podle.
Augie, mam tego dość.| Pocałuj ojca i do łóżka.
- Nie mamy o czym rozmawiać.| - Potrzebuję pomocy.
- Dlaczego przychodzisz do mnie?| - Jesteś moją siostrą.
Zabójcy taty ścigają Jake'a.| Pilnują domu Hollisów.
- Nie mogę się tam przedostać.| - A skąd wiesz, że ja bym mogła?
- Dlaczego mieliby cię zatrzymać?| - Bo jestem twoją siostrą.
Jest:
Teraz i ty w tym siedzisz,|a zrobi się podle.
Augie, mam tego dość.|Pocałuj ojca i do łóżka.
- Nie mamy o czym rozmawiać.|- Potrzebuję pomocy.
- Dlaczego przychodzisz do mnie?|- Jesteś moją siostrą.
Zabójcy taty ścigają Jake'a.|Pilnują domu Hollisów.
- Nie mogę się tam przedostać.|- A skąd wiesz, że ja bym mogła?
- Dlaczego mieliby cię zatrzymać?|- Bo jestem twoją siostrą.
Było:
- Dlaczego on?| - Potrzebna ci pomoc, tak?
Jake mówi, że spotka się z tobą| za kościołem. Uważaj na siebie.
- Dzięki.| - Powodzenia.
Jest:
- Dlaczego on?|- Potrzebna ci pomoc, tak?
Jake mówi, że spotka się z tobą|za kościołem. Uważaj na siebie.
- Dzięki.|- Powodzenia.
Było:
Nie strzelaj do szeryfa ...| to niezgodne z prawem.
Jest:
Nie strzelaj do szeryfa...|to niezgodne z prawem.
Było:
Będziesz miał sprawiedliwą| rozprawę ...
... a zaraz po niej powieszenie| pierwszej klasy.
Albo możesz stąd wyjechać| przed zmierzchem.
Tylko mi powiedz, gdzie mogę znaleźć| twojego przyjaciela Emmetta.
- Dlaczego to robią?| - Bo im to sprawia przyjemność.
- Co z Emmettem?| - Ludzie Cobba prawie go zabili.
- Pojawiłem się w samą porę.| - Miał szczęście.
Jest:
Bedziesz miał sprawiedliwą|rozprawę...
... a zaraz po niej powieszenie|pierwszej klasy.
Albo możesz stąd wyjechać|przed zmierzchem.
Tylko mi powiedz, gdzie mogę znaleźć|twojego przyjaciela Emmetta.
- Dlaczego to robią?|- Bo im to sprawia przyjemność.
- Co z Emmettem?|- Ludzie Cobba prawie go zabili.
- Pojawiłem się w samą porę.|- Miał szczęście.
Było:
- Gdzie Emmett teraz jest?| - Pracujesz teraz dla Cobba, nie?
Twoi znajomi mnie bili.| Myślisz, że ci coś powiem?
Wszedłeś tu tańczącym krokiem.| Możesz wyjść tą samą drogą.
Jest:
- Gdzie Emmett teraz jest?|- Pracujesz teraz dla Cobba, nie?
Twoi znajomi mnie bili.|Myślisz, że ci coś powiem?
Wszedłeś tu tańczącym krokiem.|Możesz wyjść tą samą drogą.
Było:
- Jak on się trzyma?| - Całkiem źle to wygląda, Rae.
Jest twardym facetem i nie da im,| czego chcą.
- Nie możesz ich powstrzymać?| - Myślę, że nie.
Rae ...| O co chodzi?
Jest:
- Jak on się trzyma?|- Całkiem źle to wyglada, Rae.
Jest twardym facetem i nie da im,|czego chcą.
- Nie możesz ich powstrzymać?|- Myślę, że nie.
Rae ...|O co chodzi?
Było:
- Gdzie jest teraz?| - Poszedł do domu.
Cały wieczór? Nawet po tym,| jak przyszedł po niego Spryciarz?
Jest:
- Gdzie jest teraz?|- Poszedł do domu.
Cały wieczór? Nawet po tym,|jak przyszedł po niego Spryciarz?
Było:
- Przestań.| - Widział nas.
Jest:
- Przestań.|- Widział nas.
Było:
- Pomóż J.T.| - Chłopiec musi być na górze.
Nie, zabrali go.| Zabrali mojego Augie.
Derrick i Lefty, obejdźcie dom| od tyłu.
Tom, idź i pomóż przy wiadrach.| Nathan, pomóż przy wozie.
Jest:
- Pomóż J.T.|- Chłopiec musi być na górze.
Nie, zabrali go.|Zabrali mojego Augie.
Derrick i Lefty, obejdźcie dom|od tyłu.
Tom, idź i pomóż przy wiadrach.|Nathan, pomóż przy wozie.
Było:
Nienawidzę, gdy takie rzeczy| zdarzają się w moim mieście.
- Będę musiał to zbadać.| - Możliwe, że ja też.
Jest:
Nienawidzę, gdy takie rzeczy|zdarzają się w moim mieście.
- Będę musiał to zbadać.|- Możliwe, że ja też.
Było:
Ciągle się przejmujesz| tym psem, co?
Uspokój się. Wszystko się wyprostuje| w ciągu kilku dni.
Widziałem, jak wyprostowałeś| Mala Johnsona.
Nigdy nie mogłem liczyć| na twój rozsądek.
Nie zmuszaj mnie| do zrobienia kolejnej przeróbki.
Jest:
Ciągle się przejmujesz|tym psem, co?
Uspokój się. Wszystko się wyprostuje|w ciągu kilku dni.
Widziałem, jak wyprostowałeś|Mala Johnsona.
Nigdy nie mogłem liczyć|na twój rozsądek.
Nie zmuszaj mnie|do zrobienia kolejnej przeróbki.
Było:
Nie myślę o twojej przyszłości.| Martwię się o Stellę.
- Co ona ma z tym wspólnego?| - Nic.
Jest:
Nie myślę o twojej przyszłości.|Martwię się o Stellę.
- Co ona ma z tym wspólnego?|- Nic.
Było:
Ale jak staniesz po złej stronie,| to stanie się jej krzywda.
Próbuję cię ocalić przed samym sobą.
Jest:
Ale jak staniesz po złej stronie,|to stanie się jej krzywda.
Próbuję cie ocalić przed samym soba.
Było:
Cobb coś na ciebie ma| i to musi być całkiem niezłe.
- Czemu tak myślisz?| - Nie siedziałbyś tu tak spokojnie.
Jesteś pewna? Może po prostu| taki ze mnie przyjaciel.
Jest:
Cobb coś na ciebie ma|i to musi być całkiem niezłe.
- Czemu tak myślisz?|- Nie siedziałbyś tu tak spokojnie.
Jesteś pewna? Może po prostu|taki ze mnie przyjaciel.
Było:
Cobb mówi, że nigdy nie wiadomo,| na czym ci będzie zależeć.
Tak powiedział? Tym razem| miał rację.
Spójrz, kogo tu mam, Johnson.| Twoja słodka siostrzyczka.
Lepiej ją przeszukam.| Wiesz, że nie będzie to łatwe.
Jest:
Cobb mówi, że nigdy nie wiadomo,|na czym ci będzie zależeć.
Tak powiedział? Tym razem|miał rację.
Spójrz, kogo tu mam, Johnson.|Twoja słodka siostrzyczka.
Lepiej ją przeszukam.|Wiesz, że nie będzie to łatwe.
Było:
Więc z mojego powodu ludziom| dzieje się krzywda.
Jest:
Więc z mojego powodu ludziom|dzieje się krzywda.
Było:
Niektórzy myślą, że tylko dlatego,| że są silniejsi, mogą tobą pomiatać.
Już to nie raz widziałam, ale to| tylko prawda, gdy na to pozwolisz.
Jest:
Niektórzy myślą, że tylko dlatego,|że są silniejsi, mogą tobą pomiatać.
Już to nie raz widziałam, ale to|tylko prawda, gdy na to pozwolisz.
Było:
Podoba mi się twój pogląd,| ale może być dość ryzykowny.
Jest:
Podoba mi się twój pogląd,|ale może być dość ryzykowny.
Było:
Sama wyciągnęła swojego brata.
- Przyniósł ją tutaj.| - Gdzie pojechał?
Powiedziałam mu o Jake'u i o chłopcu| i pojechał po Emmetta.
Idź po doktora Skinnera| i przyprowadź go do szopy.
Podnieś ją.| Mam gdzie ją ukryć.
Lepiej tam z nią zostań,| dopóki to się nie skończy.
- Gdzie Jake?| - Ludzie McKendricka go mają.
- Żyje?| - Jest znacznie gorzej.
Dorwali go w domu twojej siostry.| Zastrzelili jej męża.
- Kate?| - Zastała ciężko ranna.
Jest:
Sama wyciągneła swojego brata.
- Przyniósł ją tutaj.|- Gdzie pojechał?
Powiedziałam mu o Jake'u i o chłopcu|i pojechał po Emmetta.
Idź po doktora Skinnera|i przyprowadź go do szopy.
Podnieś ją.|Mam gdzie ją ukryć.
Lepiej tam z nią zostań,|dopóki to się nie skończy.
- Gdzie Jake?|- Ludzie McKendricka go mają.
- Żyje?|- Jest znacznie gorzej.
Dorwali go w domu twojej siostry.|Zastrzelili jej męża.
- Kate?|- Zastała ciężko ranna.
Było:
- Chcesz jednego z tych?| - Te powinny wystarczyć.
Jest:
- Chcesz jednego z tych?|- Te powinny wystarczyć.
Było:
Zawołaj tu Kylea i Dustyego,| i trzymajcie oczy otwarte.
Jest:
Zawołaj tu Kylea i Dustyego,|i trzymajcie oczy otwarte.
Było:
- Augie, gdzie Jake?| - Nie żyje.
Próbował uciec| i spadł z konia, z klifu.
Jest:
- Augie, gdzie Jake?|- Nie żyje.
Próbował uciec|i spadł z konia, z klifu.
Było:
- Gdzie Emmett?| - W środku.
- Gdzie się podziewałeś?| - Udawałem nieżywego.
- Wynośmy się stąd.| - Dobra.
Jest:
- Gdzie Emmett?|- W środku.
- Gdzie się podziewałeś?|- Udawałem nieżywego.
- Wynośmy się stąd.|- Dobra.
Było:
- Wujek Jake!| - Cześć, chłopaki!
Jest:
- Wujek Jake!|- Cześć, chłopaki!
Było:
- Nie powinno było do tego dojść.| - I na tym koniec.
Ja zrobię swoje, a ty lepiej| uważaj na swój tyłek ...
... bo jak nie to ci kolesie| go odstrzelą.
To będzie dla przyjemność.
Jest:
- Nie powinno było do tego dojść.|- I na tym koniec.
Ja zrobię swoje, a ty lepiej|uważaj na swój tyłek ...
... bo jak nie to ci kolesie|go odstrzelą.
To będzie dla mnie przyjemność.
Było:
Szukaj dalej| i spróbuj znaleźć Rae.
Czekaj, aż wrócimy.| Nie idź tam.
Jest:
Szukaj dalej|i spróbuj znaleźć Rae.
Czekaj, aż wrócimy.|Nie idź tam.
Było:
W porządku.| Załatwmy ich!
Jest:
W porządku.|Załatwmy ich!
Było:
Idę po doktora. Wszystko| będzie w porządku.
Nie bój się. Zostanę tu z tobą| Dopóki nie wróci twoja przyjaciółka.
Chodźcie, chłopcy. Jake| jest w mieście. Zacznijmy zabawę!
Mal ... Pilnowałem jej do tej pory,| ale potrzebny jej lekarz.
Jest:
Idę po doktora. Wszystko|będzie w porządku.
Nie bój się. Zostanę tu z tobą|Dopóki nie wróci twoja przyjaciółka.
Chodźcie, chłopcy. Jake|jest w mieście. Zacznijmy zabawę!
Mal ... Pilnowałem jej do tej pory,|ale potrzebny jej lekarz.
Było:
Szkoda. A to mógłby być dla nas| taki słodki układ.
Jest:
Szkoda. A to mógłby być dla nas|taki słodki układ.
Było:
- Żegnaj, Cobb.| - Żegnaj, Paden.
- Za Kalifornię.| - Za Kalifornię.
Jest:
- Żegnaj, Cobb.|- Żegnaj, Paden.
- Za Kalifornię.|- Za Kalifornię.
Było:
- Uważaj na siebie.| - Ty też.
Jest:
- Uważaj na siebie.|- Ty też.
Było:
- Nie pożegnasz się?| - Już to zrobiłem.
- Wiesz, gdzie mnie szukać.| - Tak.
- Na razie, Paden.| - Na razie, Jake.
- Może jeszcze będzie z ciebie rolnik.| - Mam już swoje zajęcie.
Jest:
- Nie pożegnasz się?|- Już to zrobiłem.
- Wiesz, gdzie mnie szukać.|- Tak.
- Na razie, Paden.|- Na razie, Jake.
- Może jeszcze będzie z ciebie rolnik.|- Mam już swoje zajęcie.
Było:
- Opiekuj się rodzicami.| - Dobrze.
Jest:
- Opiekuj się rodzicami.|- Dobrze.