(jako 'jest').
Było:
Jura, ta Zuzana Hvizdaková,|córka szynkarza z Krasnego,
Jest:
Napisy zrobił ciężkimi próbami :)|- - - - - - - Hitru- - - - - - - -
W 1711 roku, powstanie Franciszka II Rakoczego|przeciw Habsburgom zostało krwawo stłumione.
Masz, napij się.
Dobra?
Uciekaj wojewodo!
Z Bogiem, Janosiku. Dziękuję.
Nie wiedziałeś,|że Rakoczy to zdrajca ?
Burżuj, który zdradził cesarza?
Nie wiedziałeś, że jego wojsko|to banda zasługująca na śmierć?
Mówili, że musimy się do nich przyłączyć.
Nic nie wiem o cesarzu.|Nic nam o nim nie mówili.
Oficerowie przyszli do naszej wsi|i zabrali nas do wojska.
Wiem.|Mówili, że to powstanie
przeciw uciskającym nas złodziejom,
a wy idioci|daliście się ogłupić.
Ale cesarz jest wspaniałomyślny.|Skruszonym przebaczy.
Teraz możesz mu się odwdzięczyć|wierną służbą!
Przeklęte, śmierdzące szczury.|Ubierać się, zanim się rozmyślę.
- Gdzie to schowałeś?|- Nie rozumiem.
Gdzie to schowałeś?
Ty będziesz w straży zamkowej|ty także.
Gdzie to schowałeś?
"Jedenastu chłopów zabili,|tylko jednego zostawili."
"Leż tu, Jeniku, leż tu sam,|będzie cię sądził wielki pan."
"Nie wieszajcie mnie na dębie,|bo mnie zjedzą gołębie."
"Powieście mnie na tym dębie,|gdzie miła chodzi po wodę."
"Jak miła przyjdzie po wodę,|odgoni gołębie."
"Hej, hej, ptaszęta,|już jest głowa odcięta."
"Hej, hej, z miłego,|jego ciałka białego."
- Więzień uciekł.|- Jak to możliwe?!
Wiesz kto to był?|Tomasz Uhorcik. Zbójnik.
Wiesz jak długo to trwało,|zanim tego zbója znalazłem?
Trzy lata!|Jak mógł się wydostać?
Możliwe, że miał czarodziejską|żyłkę w pasie zaszytą
trzeba go było przeciąć.
Zbójnicy mają takie zioła.|Którymi otworzą każdy zamek.
To przepiłował ziołami?
Dlaczego ciągle masz w gębie jakąś trawę?
Bo jest słodka.
O co chodzi?
Mam tu pieniądze na wykupne|i ubranie dla syna.
"Pistolet za pasem, Kapelusik z piórkiem"
"Nie boję się, obronię się, hej!"
To jest to, spróbuj.
Anicko, poczekaj!
Policzę ci spódnice,|byś wiedziała ile ich masz.
Jedna, dwie, trzy,
cztery, pięć,
sześć, siedem.
Zmarznę.
Nie bój się, ogrzeję cię.
Osiem!
Jurko, wychodzę za mąż.
Za Miszę Krisztofika.|Już były zaręczyny.
Naprawdę.
- Dlaczego wcześniej nie mówiłaś|- Chciałam ci to powiedzieć.
Ale gdy przyszedłeś,|gdy cię zobaczyłam, zatęskniłam za tobą.
- Cześć, Juro!|- Tomasz.
Pokaż się!|No, wreszcie wyglądasz jak człowiek.
Trochę się ogrzej.|Helenka zapaliła.
Już nie mogę doczekać się wiosny.|Mam już dość tej zimy.
Muszę się ukrywać,|a robota stoi.
Robota?
A co, zbójowanie to nie praca?
Ja już chcę mieć święty spokój.|Cztery lata wojowałem.
Nie chcę się już martwić|ani nikogo zabijać,
nawet tego co kobieta wymyśli.
Myślałem, że wiosną|pójdziesz ze mną zbójować.
Obiecałem,|że bedę pasł owce.
Ale tam będziesz się marnował, Juro.
Co ci jest?
Janosiku, gdzie jesteś?
Dlaczego nie chcesz?|Zbójowanie to dobry fach.
Jesteś kawalerem, wolny,|za nikogo nie odpowiadasz.
Możesz mieć co zechcesz.
Gdybym ja nie zbójował,
nie mógłbym dać twojemu ojcu|pieniędzy, aby cię wykupił z wojska.
Gdyby nie zbójnik Tomasz Uhorcik,|jeszcze byś sterczał w wojsku.
- Kto to jest?|- Katka, córka bacy.
Trafił!
Moja babcia mówi, a ma chyba ze 100 lat,
że nie możesz pragnąć jakiejś rzeczy|by ją potem mieć.
Kiedy czegoś bardzo pragniesz,|to szybko to stracisz.
Spróbuj bez ciupagi!
Juro, Juro! Nie zazdroszczę ci tego,|co masz w głowie.
Trafił!
Chce ktoś jeszcze spróbować?
- Ja, ja to spróbuję.|- Ty, wołochu?
Trafię w to serce co je anioł ma w ręce.
- Trafił!|- A w co trafił?
Prosto w serce.
- Zwykły przypadek!|- Może i przypadek.
Pokaż mu, że to nie przypadek.|Jak będzie trzeba, kopnę Huncaga w dupę.
Trafię we flagę na wieży.|Gdzie dwunastu zbójników leży.
- Trafił?|- No i co?
Trafił we flagę.
- Jestem Bernat.|- Satora.
Ucieszyłeś mnie, chłopcze.|Nie, nie, to twój.
- Byłeś u Rakoczego?|- Byłem.
Byłbym tam jeszcze,|gdyby nas cesarscy nie pobili.
W tym szałasie|baranom się gotuje?
To jest maść z otrąb i wina.|Zainteresowany?
- A na co to jest?|- Barany się pobiły.
Teraz to rozetrzyj.
Jak?
Tak
"Na świętego Jana."
Mamusiu?
Wreszcie się pojawiłeś|w domu w Terchovie, włóczęgo!
- Pobiłeś się z bacą?|- Nie, jutro wracam do szałasu.
Chodź z nami, chodź,|szukać kwiat paproci.
Podzielimy się skarbem.
Jest pijana.|Wszystkie kobiety są dziś pijane.
Chodź z nami,|poszukamy kwiat paproci!
Zostaw go!|Dziś można robić i lepsze rzeczy.
Nie wszyscy muszą szukać skarbów.|Mam rację Juro?
Jak się masz, Anicko?
Nie myśl, że to twoje.
Dużo szczęścia, Anicko!
To nie jest szczęśliwe miejsce.|Żołnierze to spalili.
I wisielec tu straszy.
Gdybyś w to wierzyła,|nie byłabyś tu ze mną.
Nie boję się tego w co wierzę.
Mnie też nie?
Wiesz Katko,|ja już nie chcę tak żyć.
Chciałbym być kimś innym,|w innym miejscu.
Już nie chcę mieć zbójników,|złota ani kryjówek.
Nie chcę nawet nazywać się|Tomasz Uhorcik. Chcę tylko ciebie.
I swoją twarz.
Wyglądam jeszcze jak uczciwy człowiek?
Jak się uśmiechniesz.
Widzisz? To dobry znak.
- No, nie wygląda wesoło.|- Nie?
To przepowiednia,|że mam zrobić to, co zamierzam.
Nie wiedziałem, Juro,|żeś taki dobry.
Masz szczęście, że to ty.|Byłbym cię udusił.
Dokładnie takiego chłopa,|jak ty potrzebuję.
- Zmiażdżyłeś mnie jak kwaśne jabłko.|- Co tu robisz?
Umiesz czytać?
Nauczyłem się tego w wojsku.
Więc, znajdź mi Martina Mravca,
kiedy się urodził,|jak nazywali się jego rodzice i chrzestni.
- Ma tyle lat co ja.|- Po co ci to?
Porwali go Turcy|jak był dzieckiem, z rodzicami.
Kiedyś o tym słyszałem.
A teraz Martin Mravec powróci.
Piękne. Zerknę jeszcze na te.
Może te. Niemieckie.
Są inne kolory?
Słuchaj, Tomasz,|po co mnie tu przyprowadziłeś?
Jak to dlaczego?
Kupię materiał, pójdę z nim przez las,|a tam będą zbójnicy.
Ochronisz mnie|i mój materiał przed nimi.
To jest dobre.|To czerwone jest dobre.
Pokaż!
Muszę coś wybrać. Żenię się.|Potrzebuję jakiegoś materiału.
A ja biorę tylko najlepszy towar.
- To tutaj już mole zeżarły.|- Gdzie?
I tu. Aha.
Nie, nie. To niemożliwe. Nie!
Wiecie co, może ta zielona|będzie dobra.
Juro! Hop!|Pokaż?
Mogę przymierzyć?
Tak. Okręć się!
Bierz kasę!
Nie myślałem,|że umiesz grać na dudach.
- A od kiedy ty umiesz grać na skrzypcach?|- Od małego.
A ja się z dudami urodziłem.
Satoro!
Martin, ja nigdy do tego imienia|się nie przyzwyczaję.
- Będę ci mówić kochany mój.|- Jeśli tak chcesz.
Dlaczego mnie namawiałeś,|a teraz odchodzisz?
Uhorcik nie zostawił swej drużyny w porządku.|Coś tam się dzieje złego.
Ale przynajmniej zostawił|dobrego kapitana.
Tomasz, zostań!
Ten nowy kapitan|nazywa się Juro Janosik.
Były żołnierz,|a teraz zbójnik.
Ale ja nigdy nie chciałem być zbójnikiem.|Przecież wiesz.
Juro Janosik musi najpierw|nie chcieć, aby to potem mieć.
Przynajmniej jego babcia|tak mówiła, nie?
Przyszliśmy ci,|Tomaszu, życzyć dużo szczęścia.
Dziękuję, Huncagu.
To jest Margeta.|Ona jest. ona wszystko wie.
Jeśli chcesz,|powiem ci, co cię czeka.
Umiem czarować, miłość i śmierć przywołać,|czytać z dłoni.
Dziś masz to za darmo.|Chcesz?
Dobrze Margeto, czytaj!
Pikowa ósemka.|to rozłąka z ciężkim sercem.
Lot opuszczający Sodomę.
Odchodzisz od tego, co ci jest drogie,|idziesz w niepewną przyszłość.
Rozstanie jest dobrowolne,|chociaż może nie było innego wyboru, co?
Dwa lata przed śmiercią się żenić?|To wam wiele czasu nie zostało.
- To się tylko tak mówi?|- Mówię, co wiem.
- Powróżę i tobie.|- Nie słuchaj czarownicy!
Nie chcę wiedzieć co mnie czeka.|A ty już dziś nie wróż. Źle wróżysz.
- Rzeczywiście jesteś tym Janosikiem, co?|- Jesteś czarodziejką.
Ale tutaj jesteś na weselu,|tu nikogo nie obchodzi co robisz.
Daj się napić.
Kiedy pijesz po kimś,|poznasz jego myśli.
Szkoda by było takiego pięknego ciała.
Zbliża się północ.|Pan i panna młoda mieliby się już położyć.
Będzie, jak chciałeś.
- Dobrze zrozumiałem?|- Tak, rozumiesz.
Nie chcę wiele,|więc będę to teraz miał.
Bardzo pragnąłeś czegoś,|i wreszcie to masz.
- Juro, będziesz dobrym kapitanem.|- A ty dobrym mężem.
To będzie twoje pierwsze zbójowanie,|a moje ostatnie.
Zrób to!
Napluć na ciebie.
Jesteś jak fałszywy pieniądz.
- Jesteś przecież moją żoną!|- Nie krzycz!
Dlaczego mam nie krzyczeć?
Mogę krzyczeć, kiedy mi się spodoba.
Mogę cię zabić|i nikt mi nic nie zrobi!
- Słyszysz go?|- Będzie na świecie o jedną fajtłapę mniej.
Jest jak kwaśne piwo.
- Mam cię udusić?|- Ciszej, proszę cię!
Dzień dobry, panie Siposz!
- Dzień dobry, panie Siposz.|- Spokój, spokój, jest nabity.
- Znowu tu jesteś?|- Widzisz to? Tego człowieka
za nic w świecie nie mogę nauczyć,|że ma grzecznie odpowiadać na pozdrowienie.
Tak, jestem tu znowu|panie Siposz. A więc, jeszcze raz.
Dzień dobry.|Grzecznie odpowiedz, nie zapomnij!
Dzień dobry, panie.
Oddaj jej to!
Łaskawa pani, proszę wziąć|z komory jeszcze sukienkę.
I proszę nie wzywać pomocy.
Musiałbym znowu zbójować.
Życzę dobrych interesów|i szczęśliwego małżeństwa.
Tu jest to miejsce|i nadszedł ten czas.
Przysięgaj!
Będę zawsze wierny swej zbójnickiej|drużynie i nigdy nikogo nie zdradzę.
Ani za miecz, ani za miód,
ani za ogień, ani za złoto,
ani za krew, ani za ziemię.
Przysięgam po raz pierwszy.
Przysięgam po raz drugi.
Przysięgam po raz trzeci.
Przysięgam po raz czwarty.
Przysięgam po raz piąty.
Przysięgam po raz szósty.
Przysięgam po raz siódmy.
Przysięgam po raz ósmy.
Po raz dziewiąty, przysięgam.
O jednego zbójnika więcej.
Jurko, wiesz dlaczego|jesteś taki silny chłop?
Dlaczego?
Dlatego, że, gdy twoja matka,|gdy cię nosiła pod sercem,
podjadała glinę.
Nakopła jej sobie do garnka|i gdy miała ochotę, jadła.
To ty chciałeś tego, wiesz?
Chciałeś być ulepiony z gliny.
Wybrałeś sobie swoją drogę, Jurko.
Zwariowaliście?|Przecież mogliście nas zabić!
- To drzewo samo upadło.|- Usuńcie to!
Bóg zapłać, panowie.
A nie zapomnijcie,|z kim się spotkaliście!
Z Janosikiem i jego zbójnikami!
Daj spokój, Gabor!
Co to za gadki?|O Janosiku. Co to ma znaczyć?!
Tacy już byli!|Nakradniesz i wrócisz do domu.
Kto się o tobie dowie?|Nikt!
Ja nie mogę wrócić do domu.|Już o mnie wiedzą.
Żuj tą swoją trawę.|Zbójnik żyje jak pies.
- A z tobą też tak będzie.|- Każdy żyje, jak na to zasługuje.
Zapamiętaj to!
Dość!
Chodźcie, chodźcie!
Wejdźcie do środka!
- Jak jesteś taki dobry, potrafisz tak zrobić?|- Potrafię.
Więc pokaż!
- Jesteś głupcem!|- Ja jestem głupcem?
Nie bijcie się, chłopy! Hej!
Tak, tak, malutka.
- Co jest ciągle z tymi dwoma?|- Satora był strażnikiem we więzieniu.
Gabor tam siedział.|Gdy raz przewozili więźniów,
coś tam się pomieszało|i kogoś zabili.
Satora z Gaborem potem uciekli.
Dlaczego są ciągle razem,|choć się nie lubią?
Mają wspólną winę.
To więcej niż miłość.|Więcej niż nienawiść.
Wina to najlepszy klej na świecie.
Satora!
"Szumi jawor, szumi, na mojej Śumawie.
zaraz gacie spuszczę,|położymy się na trawie."
Muzyka, grać!
Huncag!
Nie dąsaj się, bo pękniesz!
A kto się złości,|niech się boi nieba!
Morda, ryba, dynia, świnia,|potrzebuje puchar wina.
Jak słodko pachnie.
- Napij się, jeśli chcesz.|- Przyniosła go tobie.
Nie żałuj. Było skwaśniałe.
Twego pięknego ciała|byłoby naprawdę żal.
A co na to twoja dusza?
Serce mnie boli|gdy o niej myślę.
Przykro mi.
Złości mnie to,|że przeze mnie coś cię boli.
Naprawdę, złości mnie to.
Możesz mi powiedzieć, Zuzo,|jak się tu znalazłem?
Pierwszy nie fałszywy kawaler,|jest jak groch bez tłuszczu.
Nie chciałeś się rozbawić sam,|więc co miałam zrobić?
No dobrze, powiem ci.
Cukier bez umowy kupiony,|pod pachą noszony,
siedem razy wytańczony|a do wina nasypany,
na pewno miłość przywoła.
Ale to wino było kwaśne.
Dlatego doprawiłam go miodem.
Już taka jestem.|Jak mi ktoś wpadnie w oko, chcę go!
Wynoś się!
Katka ci to przysyła.
Już mi to dokucza.
- Kiedy się masz spotkać z chłopami?|- Dopiero w marcu. Na Józefa.
- To już niedługo!|- Nie.
Tomasz.
Dlaczego narobiłeś mi kłopotów,|dając drużynę?
Razem z tym przeklętym Huncagem.
Tylko ty potrafisz|sobie z nim poradzić.
No, a co u ciebie?
Będziemy mieli dziecko.|Katka jest w ciąży.
Wspaniale.
Nie wydaje ci się,|że jeszcze ostatnio wyładniała?
Niech już wreszcie przyjdzie wiosna.
Pospiesz się!|Co, już nie możesz?
Witaj.|- Ale się cieszę. Witaj.
Spotkaliśmy się znowu|po zimie i cieszę się, że są wszyscy.
Pivovarcika już znacie.|Wiecie, jaki jest to człowiek.
Po co nam jeszcze jeden|wołoch?
Będzie w naszej drużynie.
Ja także przyprowadziłem posiłki.
To jest Plavcik z Dunajova.|Będzie zbójnik, jak się patrzy.
A co umie?
Rozumiem mowę zwierząt.
No co? Taki człowiek by nam się przydał. Nie?
Dobrze, będzie nas o dwóch więcej.
W karczmie u Hvizdaka|zamówiłem dwie beczki piwa.
To jest kapitan!
Ale jeszcze przed tym|przygotowałem wam małą niespodziankę.
Pst!
Stój!
Stój! Stój!
jak się nazywasz, nieszczęśniku?
Juro Janosik, jeśli mnie ma pan na myśli.|Proszę wysiadać!
- Janosik?|- No, chodź!
- Jest pan wojewodą?|- Tak, Juro, to jestem ja.
To jest przyjaciel.|Jeden z niewielu mi wiernych.
Została nas tylko garstka.|Jesteśmy na wymarciu.
Poczekaj!
Tam, na tym polu|powinienem był umrzeć.
Przynajmniej byłoby to w walce.
A tak. Jeszcze żyję,|ale właściwie to jestem już martwy.
Rakoczy jest na wygnaniu,|ukrywa się.
Wojna jest definitywnie przegrana.
Cesarskie wojsko rozzuchwaliło się|jeszcze bardziej niż kiedyś.
Już nie wierzę w wolność|ani sprawiedliwość.
Jakie to życie jest absurdalne!
Oficerowie Rakoczego są martwi,|a żołnierze rabusiami.
A więc obrabuj mnie!|Albo po prostu zabij!
Weź z powrotem to życie,|które mi wtedy podarowałeś.
Oddajcie im wszystko,|co im zabraliście.
- A dlaczego?|- Powiedziałem!
Pomóżcie im wsiąść.
Jedzcie przez las, nie doliną,|most na rzece się zawalił.
Dziękujemy.
I jeszcze coś.|Wojewodzie nie wierzcie.
Bój o wolność i swobodę|nigdy się nie kończy.
Zwariowałeś, kapitanie?
Tych dwóch miało przynajmniej trzydzieści|srebrnych guzików i pełne sakiewki!
Przez ciebie nie będę chodził z gołą dupą!|Nie jestem głupcem!
Dlaczego ich wypuściliśmy?
Ale jesteś.|Jesteś głupi jak trąba bacy.
Co?
Tego nie przebaczę.|Ja jestem głupi?
Znikaj! Więcej tego nie powtórzę!
Huncag,|Janosik jest kapitanem, nie ty.
To jest gówniarz, a nie kapitan!|Od ubiegłego roku wiele tego nie nakradliśmy.
Co jeszcze wymyślisz?|Dlaczego ich puściliśmy?
Ty, Huncag, jesteś zbyt chciwy!
Gdyby złoto można było jeść,|udławił byś się!
Im więcej będziesz za nim gonił,|tym mniej go będziesz miał.
Wiedz, kapitanie,|że teraz ich dogonię
i zabiorę im wszystko co mają!
Uważaj co mówisz, Huncag,|albo szukaj innej druży!
O ile będzie cię ktoś chciał!
Chodzi o to, Janosiku,
że chcemy zbójować,|jak już jesteśmy zbójnikami.
Dobrze, pomyślę o tym.
O mój Boże!
Nie bójcie się.|Chcemy tylko waszych pieniędzy.
Gdybyś miał jeszcze jedną szablę,|moglibyśmy walczyć.
Jak mnie pokonasz,|zostawię ci cały majątek,
a ze mną zrobisz,|co zechcesz.
Jak wygram,|będzie odwrotnie.
Nie bójcie się panie,|to nie potrwa długo.
Nauczyłem się tego w cesarskim wojsku.
A tego od Rakoczego.
A to pech.|Muszę ci uciąć rękę.
Na jarmarku mówili,|że potrafisz tak się skoncentrować,
że rękę w kamieniu odciśniesz.
- I ty w to wierzysz?|- Nie wiem.
Ale koło Krasneho jest kamień,|w którym jest ręka odciśnięta.
Dotknij, czy parzy!
Nie parzy!
Ale jest piękny, nie?
- Spotkaliśmy się już kiedyś?|- Nie.
- Jak masz na imię?|- Barbara.
- Ja jestem Juro Janosik.|- Tak.
- Co tak|- Wiem, kim jesteś.
Masz, weź go sobie!
Będzie ci pasowało.
Takich lusterek rozdałem dziś wiele.
Dziękuję.
Poczekaj!
Dlaczego przyszliście tak późno?
Nie mogliśmy wcześniej.|Wszędzie dużo śniegu leży.
- A ile ma?|- Cztery miesiące.
Cztery miesiące.|Dziecko się chrzci zaraz po urodzeniu.
- Jak jej chcecie dać na imię?|- Barbara.
Barbarka! To jest piękne imię,|ale Barbary są bardzo niegrzeczne.
Wiecie co?
Przyjdźcie w przyszłym tygodniu|do fary, ochrzcimy ją.
Podejdźcie! Nie bójcie się!
Bogatym zabieramy,|a biednym rozdajemy. Chodźcie!
Ty, łap!
Chodźcie ludziska!|Złoto leci z nieba!
Hola!|Chodźcie tu ludu boży!
Bogatym zabieramy,|i biednym rozdajemy! Macie!
Jesteś piękna.
Dziękuję.
Na zdrowie!
Dragoni!|Dragoni jadą do wsi!
Dragoni! Uwaga!|Dragoni na koniach!
Dragoni na wsi!|Dragoni na koniach!
Jura, ta Zuzana Hvizdakova,|córka szynkarza z Krasnego,