Błędów jest tyle, że oglądanie filmu staje się śmieszne (co akurat nie jest takie złe, bo film jest beznadziejny). Przykłady:
1.we have three tons of gear - trzy razy do roku się wspinam
2.we call everest - chomolungma - nazywamy ich na Evereście Czolalola (za ten wyraz to naprawdę gratulacje !!)
3. i think it's in my blood - myślę, że to moja krew
... i wiele, wiele innych.
Ale przyznaję, można się z tego nieźle uśmiać :)
Film jest dobry, biorąc pod uwagę że kręcili go amerykanie. Widać że adresowany jest do ludzi, którzy o górach raczej nie mają żadnego pojęcia i miał to być film jakby edukacyjny co jednak średnio wyszło.
Jeśli chodzi o napisy to akurat te są bardzo słabe. Pomijając już kilka żle przetlumaczonych kwesti językowych to jeśli chodzi o wiedze górską to widać że u tłumacza jest ona zerowa. Więc czego nie zrozumiał to zmyślił.
Z Czolalola spadłem ze śmiechu z krzesła.
Przecież nawet dzieci wiedzą że tybetańska nazwa Everestu to Czomolungma.
Imiona i nazwiska prawdziwych zresztą uczestników wyprawy są poprzekręcane albo w ogóle zmyślone. Chociażby główny bohater całego filmu - syn pierwszego zdobywcy Everestu Jamling Norgay nazywany jest cały czas John Lain :D
Wyprawa ta była 43 a nie 33 lata po pierwszym zdobyciu Everestu.
Jak już tłumaczy się tekst na polski to warto tez przeliczyć amerykańskie mile i stopy na obowiązujące w Polsce miary czyli kilometry i metry.
Zamieszcze te napisy z poprawkami, może to zachęci więcej ludzi to obejrzenia tego filmu.